Aria i podkowy

Rozdział 1

W stajni o dziwnej nazwie ,,Aria i podkowy” na sianie siedziało kilka dziewczynek: 14 latka Natalia, 12 letnia Amelia, 13 Letnia Julia i 11 letnia Lena.-Czemu nasza stajnia nazywa sie Aria i podkowy?-zastanawiała się Julia.-No, tu nie ma i nie było żadnej Arii.-mruknęła Lena.-Pani Amelia mówiła, że dlatego, że ta nazwa jej się podobała. I że mimo, że nie było tu tego konia, to pasuje. Według mnie to głupie…-parsknęła Natalia.-A może nie?-zapytała cicho Amelia.-Jest głupie. Bo nie było Arii, podkowy są, ale na koniach i w koszu na śmieci.-prychnęła Julia. Amelia wzruszyła ramionami.-Jak uważacie.-powiedziała.-Ty ZAWSZE jesteś inna.-powiedziała Lena.-Nie przeszkadza mi to.-powiedziała Amelia, odrzuciła rudozłotokasztanowe włosy w tył i podeszła do boksu, który stał pusty.-Halka jest na padoku. Szkoda.-westchnęła i poszła do siodlarni.-Ja… nie mówię… że jej nie lubię..Ale ona jest.. trochę taka… nie taka jak my.-powiedziała Lena.-Chyba nie mówisz, że jest nienormalna?-zapytała Julia.-Nie. Bo jest normalna. Ale… nie jest taka jak Natalia lub Julka. Ani jak ja. My jesteśmy w pewnym sensie podobne.-powiedziała Lena. Amelia słyszała to. Mimo, że zamknęła drzwi siodlarni. Zacisnęła oczy.-No przecież jestem inna?-zapytała siebie. Ale ona nie czuła sie inna. Przecież lubiła konie, psy, lody, kwiaty, filmy. Co w niej innego? Była szczupła. Średniego wzrostu, choc… była jedną z niższych osób. Podszedł do niej czarny kot.-Czarny kot przechodzi ci droge to nieszczęście-to głupie. Przecież to jest czasem szczęście, jak da się pogłaskać, a jak nie, to obojętność.-powiedziała, a kot pacnął ją ogonem i wskoczył na siodło. Amelia nie mówiła bardzo dużo-chyba, że rozmawiała o czymś, co kocha. Wtedy mówiła dużo.-Ja jestem inna, bo się nie maluje? Ja jestem inna, bo nie siedzę w telefonie? Nie.-powiedziała Amelia. Podeszła do dziewczyn, udając, że nic się nie stało, a one dyskutowały, jaki kantar i czaprak pasują do konia tinker. Pokazywały sobie ulotki ze sklepów jeździeckich i zdjęcie tinkera z piórnika Leny.-A może czaprak nie jest najważniejszy?-parsknęła śmiechem Amelia.-Nie, ale jest ważny.-ucięła Natalia.-Myślę, że dobry jest ten niebieski. Jest miękki… nie, nie! On ma obcierający spód! Już lepszy ten zielony. Wchłania pot i jest przyjemny dla konia.-skomentowała Amelia.-Amelia, a jakie najbardziej lubisz zwierzę?-zapytała Natalia.-Koty?-zapytała Julia.-Nie przepadam za kotami.-przyznała dziewczynka.-Lubię psy, na drugim miejscu konie. I kolor niebieski.-dodała. Wtedy zauważyła coś ciemnobrązowego na padoku. małego. mniejszego niż ich kuc walijski, który miał koło 111 cm. Nie widziała tego nigdy. pognała tam, a dziewczyny komentowały pasty do siodeł. Co było obok kuca Himery? Miało krótkie nogi-źrebaki mają długie. czy to możliwe więc, że to źrebie? To był szetland. Mały, łaciaty. Stał i skubał siano Himery, która patrzyła na niego z wyrzutem. Nogi miał krótkie, ale smukłe. Co to mogło być…? Dziewczynka z walącym sercem podbiegła. Konik parsknął. Ona cofnęła się o krok. Himera spuściła głowę i położyła się na ziemi. A dziewczynka weszła na padok i podeszła do małego konika. Himera była knastrupem, o wiele większym ni ż konik. Dziewczynka powoli wyciągała dłoń, czując ciepło chrap.

Rozdział 2

Kiedy podeszła bliżej, szetland cofnął uszy. Zerwał się do galopu i pognał na drugi koniec pastwiska w panice. Stał, schowany za belą siana. Himera nerwowo parsknęła, wstała i podeszła do ogrodzenia, jakby chciała się w nie wcisnąć. Dziewczyny dopiero teraz wyszły ze stajni, pokazując sobie coś w telefonie. Wtedy zobaczyły szetlanda. Krzyknęły i zawołały panią Asię.-Amelio, skąd on tu się wziął?-zapytała.-Nie wiem. Przybiegł.-odpowiedziała dziewczynka.-Jak?-zapytała nie dowierzając instruktorka.-Nie wiem. Po prostu zauważyłam go na padoku i podeszłam, by się przyjrzeć.-powiedziała Amelia. Kiedy instruktorka przyprowadziła szetlanda, Lena krzyknęła.-Patrzcie!-zawołała, wskazując na konia. Konik parsknął i złapał zębami rękaw bluzy Amelii.-Spokojnie, Lena. O co chodzi?-Spójrzcie na niego.-powiedziała. Amelia przyjrzała się. Miał kantar, o kolorze wyblakłej czerwieni. A na nim.. był napis. Imię łaciatego szetlanda.-,,Luna”. Nazywa się Luna.-powiedziała cicho Julia. Klacz miała posklejaną sierść, skołtunioną grzywę i zabłocone nogi, a na tylnej po wewnętrznej stronie małą bliznę. Kantar był z cienkiej, uwierającej tasiemki, tej najtańszej ze sklepów. Widocznie uciekła ze złego miejsca. Wtedy Amelia zauważyła na pasku potylicznym coś jeszcze. Napis. Nie tak zamazany jak imię Luny, które wyglądało, jakby ktoś nie chciał, aby widniało. Napis brzmiał :,,16E”. Ale nikomu o tym nie powiedziała. Klacz została zaprowadzona do boksu. Miała wystające żebra. Natychmiast zaczęła jeść siano, najpierw powoli, niepewnie. A potem już chętnie. Dziewczyny siedziały na sianie i o niej dyskutowały. A Amelia czuła, że dzieje się coś dziwnego. Bardzo, bardzo dziwnego.

Rozdział 3

Amelia obudziła się. Włączyła telefon odruchowo, aby zobaczyć godzinę, spojrzała na ekran i.. zamarła. Na tapecie z uroczym collie koleżanki siedzącym obok Kaliny, starszej klaczy camargue, pojawiło się coś. Oprócz psa, który wyglądał, jakby do złudzenia się uśmiechał i konia, i zwykłej tapety, na ekranie pojawił się pasek wiadomości. Wyraźny. Będący tu od 23:55. A teraz była 6:33. Czyli kilka godzin.. Kliknęła i przeczytała dłuższą wiadomość, a jej treść ją przestraszyła. ,,Amelia! No nie no, Luna zrobiła coś strasznego! To straszne. Ona zjadła… zjadła.. zjadła… kanapkę! Trzy!”-wiadomość od kontaktu LENKA.-Nie-powiedziała Amelia. Ale na szczęście pani Amelia uspokoiła ją, że nic się nie stało, a pani Asia powiedziała, że Luna ma około 10 lat. Kiedy tylko o dziewiątej Amelia przekroczyła próg stajni, podeszła oskarżycielsko do Leny.-Czemu wysłałaś tą nienormalną wiadomość o prawie pierwszej w nocy?-zapytała.-Nooo.. booo… nie mogłam zasnąć… bo…obejrzałam pod kołdrą film… o koniu… i myślałam, że nie przeżył, ale przeżył, i nazywał się Wicher, i napisałam do ciebie.-tłumaczyła się, a Amelia wywróciła oczami. Lena zwykle o tej godzinie spała, ale kilka razy zdarzyło się, że nie spała do 24:00. Amelia wzruszyła ramionami. Zaczęła przeglądać Google szukając ładnych i miękkich kantarów. I wtedy zamarła, widząc link ,,Nielegalne stadniny”. Była stadnina ,,Sto kopyt”. Były inne. I miały numery: 188A, 1122121, i 09201B. Wyszła z tego szybko.-Oby to nie znaczyło, że to coś z Luną.-wyszeptała. Wtedy usłyszała dziwny dźwięk z padoku. Pobiegła tam, przeskoczyła ogrodzenie. Luna w boksie, czesana przez panią Amelię cicho parsknęła. Ale Amelia to zignorowała. Rozejrzała się. Himera nerwowo kłusowała wzdłuż ogrodzenia. Ziemia była pełna odcisków kopyt i błota. nic więcej. Wszystko zwykłe.-Himcia, co się dzieje?-zapytała. I wtedy nagle usłyszała coś niewyraźnie. ,,Znowu”.-Co to?-zapytała, ale nikt nie odpowiedział. Nikt nie uciekł. Za sianem nic nie było. nic tu nie było. Tylko.. Himera.-O co tu chodzi?-zapytała Amelia. ,,Znowu to się powtórzy. Znowu będzie…”-urwały sie słowa. Amelia podskoczyła z krzykiem.-CO TO?!-zapytała. Himera nie była przestraszona. patrzyła spokojnie na bluzę Amelii. Nie było ani jednego śladu buta. Poza tymi Amelii. ,,Ale.. może się nie powtórzy. Jeśli pomożesz. I… posłuchasz.”-znowu usłyszała głos Amelia. O co chodzi? Człowiek zostawiłby ślady. Uciekłby. To nie był człowiek. Himera na pewno by spanikowała. Chyba, że byłby jakiś niezwykły, ale niezwykły człowiek nie kręci się po padokach. ,,No dalej. Prosze. Bardzo. Chcesz? Pomóż mi. Proszę. Bardzo prosze.”-mówił głos. Amelia spięła się. ,,Bo ja ją znam. I ona zjadała mi siano. Ale nie znam jej jako koleżanki..” głos się załamał.-Himera? To ty?!-zapytała Amelia. Wyszła szybko na sąsiedni padok. I tam nagle zauważyła człowieka. Nie do neigo należał głos. Bo tamten był bliski. Ale… co robi tu ta osoba? Powoli zbliżała się, a Amelia poczuła dreszcze.

Rozdział 4

Wreszcie zobaczyła sylwetkę. Jakaś dziewczynka. Bluza z nadrukiem konia. Głaskała Gandzia, ich wielkiego, gniadego polskiego konia sportowego. Koń po prostu stał. To nie było normalne. On nie zachowywał się tak spokojnie. A teraz zwiesił dolną wargę i rozkoszował sie dotykiem. Himera parsknęła w jej kierunku w przyjaznym tonie, połaskotała chrapą i powoli odeszła, skubiąc trawę.-Dziś będę na nim jeździć. I mam nadzieję, że nie będzie miał nic przeciwko. Od dawna się zaprzyjaźniamy.-powiedziała z uśmiechem dziewczynka.-A w jakie dni tygodnia tu przyjeżdżasz?-W czwartki, soboty. zwykle rano. I czasem w różne dni koło 17.-powiedziała dziewczynka.-Aha. mnie tu wtedy zwykle nie ma…-Szkoda. Ale może przyjadę jutro? W piątek? Rano? O tej porze? To będzie fajne. Nazywam się Weronika.-powiedziała dziewczynka przyjaźnie.-A ja…-zaczęła Amelia, ale dziewczynka zerknęła na Gandzia.-Amelia?-zapytała tamta.-Yyyy…tak.. A skąd to wiesz? -wykrztusiła Amelia. Weronika miała miedziane włosy, ciepłe, brązowe oczy i przyjazną twarz. Poza tym zachowywała się miło. Przez chwilę milczała, jakby niepewna, czy może odpowiedzieć.-Bo wiesz…..-zaczęła.-Himera mówiła. I…. ty też wiesz, że ona mówi. Tylko nie wiesz.-powiedziała dziewczynka.-Wiem ale nie wiem?-zdziwiła się Amelia.-Wiesz, że mówi. Rozumiesz. Ale… nie wierzysz, że rozumiesz.-powiedziała Weronika.-Aha, i mimo, że nazywam się Weronika, mówią na mnie Wiki.-dodała z uśmiechem.-Ja nie znam końskiego.-powiedziąła Amelia z zaciśnietym gardłem.-Jestem pewna, że znasz. Spójrz na Kawę. Patrz na nią. I słuchaj.-powiedziała Weronika. ,,Amelia… ty jesteś ważna. I od ciebie zależy nasz los.”-usłyszała w głowie.-Widzisz? Umiesz. O nie. muszę iść.-i wyszła. Amelia przeszła się po lesie. po terenie wokół stajni. I nagle natrafiła na mały, drewniany dom. Przeczytała powoli i niepewnie napis na tabliczce.-,,Ulica Fiołkowa 15″-przeczytała. Obok wisiały podkowy. Namalowany, realistyczny łeb konia. I jeszcze jeden napis. ,,Jeśli lubisz konie, wchodź”-To pewnie jakiś głupi żart.-skwitowała dziewczynka, czując, jak w brzuchu jej się skręca z niepokoju. Na werandzie był stolik, na którym leżał obrazek galopującego konia, na którym siedziała dziewczyna… podobna do niej. Rude włosy, lekkie piegi, uśmiech. A koń.. koń był taki szczęśliwy i zadbany.-Ktoś tu kocha konie.-powiedziała Amelia. Była tu też szklana figurka konia.. i notes. Otworzyła go. Podpis na pierwszej kartce: ,,Jak wytresować konia”. Druga:,,Konia się nie tresuje. One nie umieją poddać się tresurze. Najpierw je obserwujesz. Potem dostosowujesz się. I pokazujesz, czego od nich wymagasz.” Dalej inne ciekawe notatki, rysunki koni. Zamknęła to wszystko. Czuła, że to nie ma żadnego związku z 16E. absolutnie żadnego. Wtedy nagle usłyszała szurgot. Podskoczyła i cofnęła się. Wyjrzała poza werandę i.. zamarła.

Rozdział 5

Bo po pięknej trawie galopował śmietankowo biały koń. Był zadbany, bez kantara. No i najgorsze-ktoś na nim siedział. Nie miał żadnego siodła, żadnej zawieszki, żadnego ogłowia, niczego-a jeździec mu ufał. Miał przerzuconą przez szyję jedynie linkę, którą jeździec delikatnie się wspomagał.-Szybciej, Belle!-zawołał pięknym, dźwięcznym głosem, a koń radośnie zarżał. To była dziewczyna. Miała długie, złotorude, rozwiane włosy. zauważyła dziewczynę i zahamowała konia.-Co ty tu robisz?-zapytała, nieco zaskoczona.-Ja tu przypadkiem trafiłam.. i ta tabliczka…-Aha. Ale co tu robisz? Czemu tu przyszłaś?-Nie wiem.-odpowiedziała głucho Amelia.-Nazywam się Liwia. A Belle pochodzi z Francji. Uratowałam ją. Była dzikim koniem. Camargue.-tłumaczyła dziewczyna. Amelia skinęła głową.-A ja jestem Amelia.-powiedziała cicho.-Liwia? Ale co ty tu robisz?-zapytała nagle.-Mieszkam.-Z kim? Przecież nie jesteś dorosła.-Z rodzicami.-odpowiedziała.-I z końmi.-Co?!-Naprawdę.-odpowiedziała Liwia z dumą.-Jak?-zapytała Amelia.-Wiem, że może i to nie takie typowe życie, ale tak mieszkamy tu z mamą, tatą oraz końmi.-zachichotała Liwia.-O łał.. A ile macie koni?-zapytała Amelia.-Belle i pięć innych. Hodujemy je. I nie mają stajni, tylko małą, ciepłą wiatę. Bo to konie Camargue i koniki polskie, takie trochę dzikie rasy, i są szczęśliwe przy takim chowie.-wytłumaczyła Liwia, spoglądając na swój smartwatch.-Hm.. jesy 12:08. O 12:30 zwykle..-urwała, kiedy zobaczyła sójkę. Gdy ptak odleciął, wzięła głęboki oddech, popatrzyła tęsknie za odlatującym ptakiem i zaczęła tłumaczyć.