Aurelia weterynarz
Rozdział 1 Gabinet
Aurelia ma 11 lat, rude włosy, brązowe oczy. Lubi psy, konie, świnki morskie. Dużo czyta, a jej ulubionymi książkami są ,,Zaopiekuj się mną”, ,,Sigge”, ,,Magazyn weterynaryjny”, ,,Trzej muszkieterowie”, ,,Na pomoc zwierzakom. Ma dużo innych lubianych książek, najbardziej lubi takie o zwierzętach. Chce zostać weterynarzem. Ma torbę weterynaryjną! Sa w niej bandaże, woda utleniona, sól fizjologiczna, pęseta, drewniane szpatułki, stetoskop. Chce w garażu zrobić bazę weterynarza. Już zaczęła tam sprzątać. Wiele wie o zwierzakach, umie je uspokajac i świetnie sobie z nimi radzi. Chce pracować w schronisku z psami. W sierpniu dostanie psa, z czego bardzo się cieszy. Zamierza go sama wyszkolić i się nim zajmować, bo właśnie po to chce psa. Tak naprawdę to najbardziej chciałaby małego jack russel terriera, ale mogłaby miec każdego. Spodziewa się kundelka. Co lubi jeść? Kakao, spaghetti, pierogi z soczewicą, maliny, jabłka, placki, bułki.. Jest całkiem zwyczajną dziewczyną, tylko lubi zwierzęta i dobrze je rozumie. Właściwie to mnóstwo dzieci lubi zwierzaki, ale nie każde dobrze umie porozumieć się ze zwierzakami. Właściwie to można powiedzieć,że rozumie język zwierząt. Z końmi łatwo się porozumiewa, z psami również. Konie zazwyczaj mówią uszami i ciałem, rzadziej dźwiękami. Natomiast psy mają bogaty repertuar dźwięków, mimo to mowa ciała też jest u nich ważna. Aurelia najbardziej lubi właśnie psy, konie są na drugim miejscu. Koty… nie są to specjalnie lubiane przez nią zwierzęta. Najpierw kochają, a potem drapią, jednak kotu też by pomogła. Aurelia ma szóstkę rodzeństwa, ona jest najstarsza. Ale tylko ona tak duzo wie o zwierzakach, najbardziej je lubi i rozumie. Jeździ konno, umie wspinać się na drzewa, pływać, szkolić psy, gadać z psami i końmi, ze zwierzętami. Od 5 roku życia interesuje się weterynarią. To znaczy, że już jakieś 6 lat. Ale dopiero teraz wie tyle o chorobach, ma torbę i przybory. Dlatego teraz mogłaby już pomagać różnym zwierzakom, chociazby masowac lub wyciągnąć drzazgę. W małym garażu ma swój gabinet ,, Cztery Łapy” dla pacjentów. Tak naprawdę, dopiero go tworzy. Ale już wkrótce będzie gotowy. Przed nim stoi drewniana tabliczka z napisem ,,Dr.Aurelia-Cztery Łapy” i godziny otwarcia: Pn.-Pt. 10-20. Sob. 8-17.
Rozdział 2 Bodzio i Antek
Aurelia weszła do stajni, nucąc wesoło. Pogłaskała Bertę i poszła do Bodzia. Stał on ze spuszczoną głową i wyglądał na smutnego. Miał przyciśnięte do głowy uszy i wpółzamknięte oczy.-Bodzio, co się stało?-zapytała, wyciągając jeżyki. Bodzio miał insulinooporność, a ona pomagała mu, masując go i prowadząc na uwiązie. Koń parsknął i spojrzał na nią.-Jesteś głodny… No wiem, ale wiesz, że problem z węglowodanami. Chociaż… panie mówią, że można ci dać…zaraz wrócę.-powiedziała i pobiegła do stajni. Wróciła z garścią siana.-Jedz, to dla ciebie.-powiedziała i zaczęła masaż. Bodzio szybko przeżuwał siano, co chwila upewniając się, że nie uciekło. Kiedy skończył, nie był już taki zły.-Bodziu, teraz zrobię ci badanie.-powiedziała dziewczynka. Wyjęła drewnianą szpatułkę i stuknęła parę razy w jego kopyto. Bodzio nie zabrał.-Czyli cie nie bolało. Dobra. Lewa przednia.-i znowu było to samo. Jednak z tylnymi Bodzio zabrał.-Zabolało trochę?-zaniepokoiła się Aurelia. Bodzio kiwnął uchem. Dziewczynka odeszla i wróciła z zimną wodą. Schłodziła kopyta. Bodzio wyglądał już lepiej. Czyli hydroterapia działała. Dziewczynka przyszła ze szlauchem i kilkanaście minut chłodziła tylne nogi, gdy Bodzio jadł moczone siano. Potem otarła je ręcznikem, chwile poprowadzała konia na uwiązie po czym pogłaskała po kłębie, pożegnała się i wyszła.
*****************************************************
-Bodziu… no nie. Te tylne kopyta się łamią..-jęknęła. Kawałki kopyt prawie już się odłamały. Bodzio nosił specjalne podkowy ortopedyczne, ale to nie było wystarczające. Aurelia wyjęła telefon, zrobiła zdjęcie i schowała go. Bodzio prychnął i poszedł się napić.-Czekaj, Bodziu. A czy to cię boli?-zapytała. Bodzio zarżał.-Tylko trochę. Okej… Czekaj. Pokaż jeszcze tę tłuszczową poduszeczkę na szyi..-powiedziała. Wtedy zobaczyła małego, brązowego kleszcza. Wyjęła pęsetę i usunęła kleszcza. Potem odkaziła rankę wodą utlenioną. Bodzio nieco się niepokoił, ale bardzo szybko poszło.
*****************************************************
Aurelia wymasowywała Bertę. Ale potem miała zostać osiodłana, więc wyszła. Spotkała się ze stajennym kotem. Głaskała go, gdy nagle… zauważyła jego uszy. Nie miał u obu kawałeczków, a jedno było takie rozdzielone. Pod uchem miał łyso, a na łapkach kilka skaleczeń.-Antek…. tak nie może być. Ty już nie dajesz rady..-westchnęła. Ale kot wzdrygnął się i zaczął jeść. Jednak dziewczynka była zaniepokojona. Pomyślała, że może najlepszym rozwiązaniem byłoby schronisko. Ale jakoś nie umiała sobie wyobrazić, by ktoś chciał kota o poszarpanych uszach. Kot wyglądał na około 7 lat, więc niedługo się zestarzeje, a może nawet już, bo kot wuchodząc i taki polujący zyje krócej, 8-12 lat. A przeciętny domowy dla porównania 12-20. Czyli duża różnica. –Weź zostaw te moje uszy i wyczesz mnie.-rozkazał kot.
Rozdział 3 Mały piesek Riko
Tego dnia Aurelia z samego rana usiadła w niebieskim fotelu w swojej małej klinice. Oglądała czasopismo weterynaryjne. Było rano, słyszała śpiewy ptaków. Wierzba lekko stukała o daszek garażu. Wtedy coś zaszurało w beton.Aurelia powoli odłożyła czasopismo na szafeczkę i słuchała. Niepewne szurnięcie w drzwi rozległo się po chwili. Dziewczynka otworzyła. W drzwiach stał mały, roztrzęsiony jack russel terrier. Wpuściła go.-Cześć..jak masz na imię?-zapytała.-Riko..-powiedział niepewnie piesek, rozglądając się po garażu. Był mały. Około 3 na 5 metrów. Ale bardzo przytulny. Pachniał lawendą i różanym mydełkiem. Przy drzwiach leżał mały, czarno biały miękki dywanik, przy ścianie mięciutka wycieraczka, na wejściu mniejsza. Wisiała tam mała tabliczka, a na biurku stał kubecze ze smaczkami. Klinika była bardzo dobrze przygotowana na każdego pacjenta. Była również niebieska, mała miseczka z wodą. Piesek wziął głęboki oddech, żeby upewnić się, czy wszystko jest nadal w porządku. Usiadł na miękkim dywaniku. Spojrzał na dziewczynkę i westchnął.-Co się dzieje, Riko?-zapytała Aurelia.-Nie wiem… Nie wiem.. I dlatego tu przyszedłem. Króliczek spod płotu.. niedawno opowiadał mi o tej klinice..-powiedział, drżąc. Był chudy, miał pozlepiane futro.-Riko.. Czy dobrze się czujesz w domu?-zapytała. Pieskowi zatrzęsła się broda, a oczy napełniły się łzami.-Ja.. nie mam.. Nie mam domu. I ja się bardzo boję.. bo mnie wywieźli.. i.. ciągle jest niebezpieczne.. i zimno. I źle. I coś jest nie tak.. dlatego przyszedłem.. ale mogę iść..-pisnął.-Nie. Zostań tu. I jesteś bardzo mądrym pieskiem, że chcesz tu być, mimo, że się boisz. Myślę, że jesteś troszkę głodny? Masz ochotę przekąsić coś.. pysznego?-zapytała, powoli otwierając szafeczkę.-Nie wiem.. Może spróbuję. Troszkę..-powiedział, pełznąć w kieruku dziewczynki.-Nie musisz podchodzić, jeśli nie masz ochoty. Możesz być tam, gdzie zechcesz, a ja po prostu dam ci kilka pysznych smaczków waniliowych. Powiedz mi, czy są dobre, bo muszę wiedzieć, co lubisz.-uśmiechnęła się, podeszła powoli i położyła na małym spodku kilka brązowych i czarnych smaczków. Piesek niepewie je powąchał. W dawnym domu był duży kot, który mu wszystko prawie zabierał, a jak nawet go nie było, to miał mały apetyt. Wreszcie schrupał małe ciasteczka.-To jest naprawdę smaczne. Mogę.. jeszcze?-zapytał niepewnie.-Jasne, mam ich bardzo dużo. Dam ci więcej, powiedz, jeśli ci już starcz, albo gdybym musiała dołożyć.-Riko zjadł bardzo niewiele, ale zjadł. Potem napił się parę łyków wody i położył się na dywaniku. Trochę się bał tego wszystkiego. Niczemu nie ufał. Ludzie na początku byli fajni.. a potem zrobili się zupełnie inni. Miał straszną historię.-Nie masz domu, tak?-Tak… i chyba musze pojechać do schroniska..-szepnął piesek, próbując wcisnąć się w kąt.-Nie. Tu jest miejsce, w którym możesz być. Opowiedz mi o sobie, jeśli chcesz, i kiedy chcesz.-powiedziała dziewczynka, otwierając śliczny zeszyt w kwiaty.-Na początku.. Kochali mnie. Byłem małym pieskiem. Ale.. wreszcie znudziłem im się. Zaczęli dużo krzyczeć, byłem zawadą.. I oddali mnie do domu z kotem-potworem, który zżerał mi wszystko z miseczki. Tamci byli surowi, i chyba woleli koty. Wychodizli na cały dzień, a jak warczałem na coś, nie na nich, to.. straszyli.. a nawet bili. I.. w końcu przestałem się ich słuchać, uciekałem, a oni zaprowadzili mnie w takie miejsce, gdzie uczyli ich, jak mnie karać, i że jestem nieposłuszny.. i tam dali mi dwie dziwne obroże, nosiłem je obie. I jak pociągnąłem, to mnie….. dusi.. ły i wbijały się we mnie. Tam było dużo krzyku i zmuszali mnie. Karali, a czasem tylko chwalili.. ale pachnieli.. złem.. i ja się bałem. Nie wytrzymałem.. i ugryzłem ich, gdy uczyli mnie leżeć, przyciskając mnie. Uderzyli mnie, a potem powiedzieli, że jestem beznadziejny.. wyjechali do lasu, wyrzucili mnie przez okno.. i bolało. A ja czułem ulgę trochę, bo codziennie bałem sie i szukałem kryjówek.. ale się bałem. Miałem złe sny, bałem się wszystkiego.. i czuję się niepotrzebny. Jestem zbędny dla ludzi.. I nic nie ma sensu..-skamlał i wybuchnął płaczem.-Nie, Riko. Jesteś uroczy, śliczny mimo zaniedbania przez tych okrutnych ludzi i ważny. Odpocznij. Przykryć cię?-No dobrze.-i piesek został otulony kocykiem.-Pójdę na chwilkę, dobrze? Ale za kilka minutek wracam.-i wyszła. Poszła do domu po karmę. Przy stole siedziała Beata, młodsza o rok siostra.-Masz naprawdę rękę do zwierząt.-powiedziała z uśmiechem.-Ja nie wiem. Lubię koty.. ale zwierzęta to nie moje hobby.-To zostań rajdowcem, i zbuduj coś dla quada. Mozę go przemalujesz i nas zaskoczysz..-Na Szczerbatka z jak wytresować smoka!-zawołała, złapała pędzle i farby i wybiegła.-Rzadne zaskoczenie..-westchnęła i wyszła. Wiedziała, że siostra wie, że gabinet należy do niej i nie wchodziła do niego bez zgody. Była podobna do Czkawki, i uwielbiała jak wytresować smoka. Czasem była strasznie denerwująca i głupkowata, ale tak naprawdę to była pierwsza do bronienia i potrafiła być miła.Beata była na drugim końcu podwórka. Aurelia jeszcze do niej podeszła.-Nie wchodźcie do gabinetu, dobrze?-zapytała. Siostra uśmiechnęła się i wywróciła oczami.-No doobra… ale nie podglądaj quada, bo wejdę.-Nie będę… Tylko nie wchodź. I niech nikt tam nie wchodzi.-Dobra, dobra dobra, a ty już idź, bo zobaczysz Szczerb..-gdy zorientowała się, że się zdradzila, zakryła usta ręką.-..atka. No dobra, ale jestem ciekawa, jak to wykombinujesz.-powiedziała i poszła. Beata zdradziła się już wcześniej, w domu, ale o tym zapomniała. Gdy weszła, Riko drżał pod stołem skulony do granic możliwości.-Co się dzieje?-Czy jakiś cżłowiek… chce mnie zabrać?-Nie, rozmawiałam z moją młodszą siostrą, ona tu nie wchodzi.. Możesz wyjść.-piesek spojrzał niepewnie.-Co, jeśli jednak wejdzie, i mnie zabierze?-Wtedy bym ci pomogła, ale spookojnie, bo nic takiego się nie wydarzy.-Aurelia wyjęła ładną, plastikową miskę i nasypała troszkę karmy.-Gdy zgłodniejesz jedz, dobra?-powiedziała. Pies skinął łebkiem i wrócił na matę. Położył głowę na łapkach i leżał, patrząc na Aurelię.
Rozdział 4 Noc w klinice
-Riko.. musisz tu zostać. Dosyć długo. Ale ze mną. I nic na siłę, tylko widzę, że potrzebujesz dużo czasu.-powiedziała.-Jest dziś sobota, 18:00, klinika zamknięta. Jeszcze z Tobą posiedzę, więc nie martw się.-Ale.. po co mam tu zostać? I.. jak długo? Czy to mi pomoże?-pytał Riko.-Musisz zostać na taką… terapię. Nauczysz się ufać ludziom bardziej. Każdy piesek po takiej historii, której nie powinno być potrzebuje czegoś takiego.-Czy to będzie trudne?-spytał Riko.-Czasem tak, czasem nie. Na początku jednak zawsze zaczynam od czegoś łatwego. Jeśli jutro będziesz gotowy, by zacząć, to zaczniemy jutro.-A jak długo nie będę gotowy?-spytał pies z niepokojem.-To długo poczekam, po prostu.-wytłumaczyła niska, rudowłosa dziewczynka. Piesek ułożył się wygodniej na macie. Spojrzał na Aurelię. Jej rude włosy lekko falowały, a piegi były jakby wyraźniejsze w zachodzącym słońcu.-Chcesz się napić, albo zjeść kolację?-zapytała Aurelia. Riko potrząsnął łebkiem, napił się tylko wody. Wsunął się pod kocyk i próbował zasnąć. Wtedy Aurelia zaczęła czytać mu bajkę.-,,Dawno, dawno temu… a zresztą, nie aż tak dawno, w pewnym sporym domu mieszkał piesek o imieniu Reks. Był duży, i wszyscy mówili, że jest odważny… ale on twierdził inaczej. Mimo że pilnował domu, bał się burzy. Zawsze marzył, by komuś to po prostu opowiedzieć, ale czuł, że by wszystkich zawiódł. Dlatego to była jego tajemnica. Pewnego dnia jednak skaleczył się w łapę. Poszedł w deszczu do małego gabinetu. Tam była dziewczynka, która go rozumiała. Opatrzyła mu ranę, gdy rozpętała się burza. Pies trząsł się i skamlał.-Co się dzieje? Czy łapa mocniej boli?-Nie, ale boję się burzy… To mój wielki, wielki wstyd.
-Każdy czegoś się boi. Nawet lwy. Nawet wieloryby. A może pomóc ci przestać tak się bać?-pies skinął głową. Dziewczynka wytłumaczyła mu, że burza to wyładowania elektryczne. Że może być niebezpieczna, i bezpieczne jest wtedy w budzie. I że wiele piesków jej się boi.-Dziękuję. Spróbuję się jej nie bać i byc spokojnym.-Nie musisz się jej nie bać, ale musisz próbowac. Przyjdź, gdy łapa się zagoi!-A Reks bał się burzy, ale już nie aż tak, i przestał się tego wstydzić.”-Ja też się trochę boję burzy..-skamlnął Riko.-Czasem chyba każdy się przestraszy burzy. Ale pomyśl: my jesteśmy zawsze.. prawie zawsze.. bezpieczni w pomieszczeniu.-a Riko powoli zasypiał. Aurelia zapaliła mu małą lampkę i poszła do domu, zjadła z rodzeństwem kolację i poszła spać.
Rozdział 5 Nowy dzień w klinice
Aurelia kiedy tylko otworzyła oczy wybiegła do kliniki. Zastał Rika nieco zmęczonego pijącego wodę.-Witaj, Riko. Jak sie spało?-Trochę nie bardzo. Znowu miałem zły sen.. Że.. eh, że ty mnie też wyrzuciłaś.. Przepraszam.-Nie masz za co przepraszać. Ten sen pokazuje, że chyba każdego troszkę się boisz. Ale to nic.-powiedziała i nasypała do miseczki karmę. Piesek powoli zjadł. Nagle coś zaszurało o dach, aż podskoczył.-Czy… to kot?-zapytał z niepokojem.-Nie, gałęzie wierzby. Dziś niedziela, nie mam pacjentów. Cały dzień dla ciebie. Nudzi ci się, chcesz coś porobić?-Nie. Jest mi dobrze.-pisnął.-Okej. Więc ja coś tu porobię na komputerze, może być słychać take stukanie, ale to ja, a nie koty. Choć są tu koty, to one są bardzo płochliwe. Nigdy tu nie wchodzą.-powiedziała. Otworzyła komputer, włączyła go i napisała: ,,Riko, karta pacjenta.
Problem:brak ufności, lęk przed ludźmi i kotami, smutek, złe sny z powodu złego traktowania w dwóch domach. Plan leczenia: Masaże, czytanie, oswajanie.”-Co tam robisz?-szczeknął cicho Riko.-Specjalną kartę. Tu zapisuje plan leczenia dla ciebie, twoje postępy.. Riko, czy dasz mi się zbadać?-A to boli?-spytał z niepokojem.-Nie, wcale.-Dobrze. Ale uważaj..-pisnął. Aurelia ogrzała płytkę stetoskopu.-Robię to, bo bez tego jest zimna i nieco nieprzyjemna, a ciepła taka nie jest.-powiedziała, widząc zdziwione spojrzenie. Spokojnym ruchem przyłożyła ją do psa. Jego serce biło szybko ze strachu.-I.. co?-Jesteś przestraszony. Ale to nic złego.. Teraz wiesz co zrobię? Zważę cię. Po prostu ustaniesz na czymś nieco śliskim i tyle.-pies stanął niepewnie. Waga pokazała 4,1.-Riko.. ważysz zbyt mało. Twoja normalna waga to około 6-7 kg, a ważysz prawie 3. To zbyt mało. Dlatego gdy dasz radę, to jedz, proszę.-Mhm.-powiedział Riko i znowu położył sie, dokładnie oglądając garaż. Teraz lawenda pachniała mocniej. Piesek starał się uspokoić, ale był tylko bardziej spięty.-Kiedy zaczniesz tą swoją terapię?- spytał prawie niedosłyszalnie. Aurelia popatrzyła na niego w zamyśleniu.-Teraz. Ale tylko jedno zadanie póki co. Po prostu weź tak głęboki oddech, na jaki cie stać, nie musi byc idealny.-i Riko spróbował. Niewiele różnił się od tego szybkiego, przestraszonego oddechu, ale to był mini postęp.-Pięknie, Riko. Widziałam, że się starałeś. Teraz możesz zrobić to, co chcesz.- piesek usiadł bliżej fotela. Jakiś metr od Aurelii. Patrzył niespokojnie. Nie był w stanie za bardzo się zbliżyć-tylko tak.-Piesku, nie musisz. Możesz być dalej, jeśli ci się to nie podoba.. ale jesteś dzielny.-Czy myślisz.. że terapia długo potrwa?-Tak, Riko. Ale będziesz ze mną. Cały czas. Ja nigdzie nie ucieknę. Będę ci pomagać, nigdy nic na siłę.
Rozdział 6
Riko zerwał się dysząc z posłania. Śnił o naprawdę złym kocie, który próbował go zabić. Chwilę biegał w panice, po czym zorientował się, że jest bezpiecznie. Próbował wziąć głęboki oddech, ale nie mógł. Popatrzył na stolik do badań w panice, jakby był wrogiem. Schował się za fotelem. I wtedy weszła Aurelia.-Witaj, kochanie.- Miałem… zły sen…-pisnął. -Rozumiem. Musiał być przerażający. Zjesz coś?-No dobrze…-mruknął niepewnie. Powoli, prężąc grzbiet podszedł do miski i nerwowo zjadł nieco.-Dobrze, Riko. Może zostawię tą miseczkę. Jedz tylko tyle, ile możesz.-Dobrze. Dziękuję..-pisnął i spróbował zasnąć.–Riko, myślę, że się nudzisz. Może dam ci zabawkę, z której powyciągasz smaczki?-No dobrze..-po kilku minutach Rika wciągnęła zabawa. Trochę się stresował tymi wszystkimi uderzeniami gałęzi, ale zabawka to bylo coś, na czym można się skupić. Kiedy walczył z ostatnim smaczkiem, coś uderzylo o drzwi. Podskoczył, pisnął i schował się pod stół.