
Pies przy nodze
Żył raz pies, który nazywał się Garnfi. Był rasy terrier irlandzki. Było to dzikie psisko. Często znikał na kilka dni, a potem nagle pojawiał się na kanapie, chociaż drzwi nie użył. To był dziwny pies. Umiał chyba wszystko, nawet na dachu był. Bił się z kotami i psami, kuty na cztery nogi spryciarz. Należał do pewnej rodziny. Ale pewnego dnia nie wrócił. Po tygodniu również. Po miesiącu-koniec.-To psa mamy z głowy.- westchnęła mama.
A Garnfi był 100 km poza domem, żył jako bezdomny pies. Jadał niezbyt wykwintnie, czysto też nie miał, ale dało się żyć. Wreszcie pewnego dnia spotkał kilka innych brytanów. Jeden był w typie tosa inu, drugi był średniej wielkości, a trzeci- wysoki, szczupły, szybki. Nie były przyjaźnie nastawione, więc Garnfi musiał uciekać gdzie go oczy poniosły. Nie wiedział, gdzie teraz zamieszka. Znalazł jakąś beczkę, wczołgał się do niej i zasnął, głodny i wyczerpany. Nie jadł nic od rana, gdy znalazł w miarę świeżą parówkę. Następnego dnia zrobił coś strasznego- wybiegł na ulicę, bo jakiemuś przechodniowi wypadło kilka frytek. Gdy samochody ruszyły, próbował uciekać, ale dostało mu się w tylne łapy. Ledwo podczołgał się na chodnik i legł nieprzytomny. Jakiś człowiek to zauważył i zadzwonił po ludzi ze schroniska. Po kilku minutach leżał pod kroplówkami,opatrzony. Otworzył oczy. Zobaczył dwie dziewczynki. Jedna miała około 10-12 lat, a druga 15-16. Obok stała ich ciocia. Pies podniósł głowę i wpatrywał się w nie. Podobały mu się ich łagodne spojrzenia. Były ciepłe,spokojne,było cicho. Tutaj było lepiej niż w domu. Tam krzyki,wiski.
Tu jednak było..dziwnie.Ten ostry zapach,szczekanie psów.. To było dziwne. Straszne nawet… Próbował wstać,ale nie mógł… Zobaczył bandaże na łapach.Warknął. Czemu to jest na jego łapach? Pachniało ostro,dziwnie. W nosie go kręciło od tego. Otrząsnął się. A co on tu robi? To nie dom! Wszystko pachniało nie tak. To nie było miłe miejsce. Terrier znany z zadziorności przełamał słabość i wstał, próbując uciec. Ale nagle poczuł,że kroplówki się oderwały. Dziewczynki były przerażone. Położyły go na stole,a on już nie miał energi by protestować… Wszedł weterynarz. Dał mu zastrzyk (bolało) i gdy usłyszał zajściu pękał ze śmiechu. Dziewczynki też. Nie rozumiał,co się działo,ale też był radosny.💉 Merdał ogonem jak szalony.
Następnego dnia okazało się, że rany Garnfiego ograniczają się do rozciętej skóry. -Zszyte szybko się zagoi-mówił weterynarz. Garnfi zmienił imię na…Tramp. Tak go nazwała młodsza dziewczynka, Amelka. I miał na to reagować. Ale on jeszcze nie zapomniał o Garnfim którym był. Nie jadł swojej ulubionej karmy pedigree. Nie miał ulubionej kości z nylonu ani piszczałki. Tu nie ma tej zasierścionej czerwonej kanapy. Tu nie ma…wrzasku i rwetesu. To jedyny plus. A może tutaj zacznie się wszystko od nowa? W końcu Amelka była miła. A karma lepsza od pedigree. Więc nie ma tragedii. A może znajdzie się kanapa do zasierścenia?😅Chyba ważniejsze jest jednak jedzenie i zabawki. Tak. Zwłaszcza że po głodzeniu na śmietnikach miał apetyt większy ze 3 razy. A karma niezła….
Myśli w jego głowie toczyły się szybko i chaotycznie. Nie wiedział, co zje.
(może trochę przesadzam ale😅) W końcu do szpitalnego pomieszczenia weszła Amelka ze śniadaniem. Była to pyszna karma. Nawet smaczki były na deser…A potem pieszczoty. Długie,wymasowujące stres… Garnfi aż jęknął z zachwytu. To coś,czego nie miał nigdy… nagle przestał być tym psem z poprzedniego domu-Garnfim. Dzikim niemal psem. Był,że tak powiem ,,Psem przy nodze”,bo Amelia tak go traktowała,że poczuł zaufanie do niej. Skoczył by za nią w ocean. Był jej. Tylko jej. Na zawsze, nigdy nie ucieknie…Ona nie była taka jak mały Olaf,ciągnący za ogon, nie jak Anna, ubierająca w ubranka ani jak 10 letni Karol, który lubił głośne zabawy. Była taka cicha,spokojna,łagodna…💓Ale po chwili westchnęła i odeszła. Garnfi wył żałośnie,ale nie wróciła. Pies nie rozumiał. Czemu odeszła? Była taka miła…Załamany terrier położył się przy kracie ze smutnymi oczami. Wtedy nagle zerwał się,merdał całym ciałem, jakby miał odlecieć:Amelka wracała!!!!! Kiedy dziewczynka zobaczyła reakcję psa,do oczu napłynęły jej łzy. Nigdy nie widziała takiej radości na jej widok u żadnego stworzenia. Podbiegła do klatki i mocno uścisnęła psa. A on chciał,by została tu na zawsze. I spędziła z nim cały dzień. Turlała mu piłkę, głaskała-dopiero,gdy zasnął,wyszła. Tak zaczęła się wielka przyjaźń terriera Garnfiego i dziewczynki Amelki.
Nazajutrz Amelka wpadła do boksu psa godzinę wcześniej; Pies omal nie wybiegł z kojca z radości, co zakończyło się wywrotką. Ale wtedy weszła ciocia Amelii.-Amelka,ja wiem,że lubisz tego psa…ale jest dużo innych psów…
-Ciociu,on jest apatyczny jak mnie nie ma! Jak wchodzę,to cały się merda!
I wtedy ciotka coś zrozumiała. Pies pokochał dziewczynkę,nie można było ich rozłączyć…
-Wiesz,kochanie, może by tak poprosić twoją mamę,czy zgodzi się na psa? Tego nikt nie weźmie-on lubi tylko ciebie.
Amelia poczuła, jak zalewa ją szczęście.
-TAAKKK,TAKKK!-wrzasnęła radośnie.-Panuj nad sobą!-parsknęła śmiechem ciocia. A Tramp Garnfi prawie odleciał ze szczęścia.
KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ
CZĘŚĆ DRUGA-PIES JEDNEJ PANI
Tramp obwąchał bladoniebieską kanapę.Tak, potrzebowała zasierścienia. A miska… napełnienia. Smycz była piękna i niepogryziona, a posłanie sterylnie czyste. Dużo roboty czekało psa. Ale było tu dobrze. Chore łapy zdrowiały szybko. W końcu pies był młody,3 lata. No ale nawet ze szwami był pełen energii i wigoru. Potrafił jednak wchodzić drzwiami i nie był taki dziki jak dawniej. Był bardziej ufny. I,co niezwykłe, umiał posłuchać Amelki. Umiał iść przy nodze równo jak żołnierz. Umiał paść na ziemię w sekundzie. Umiał podać łapę. Umiał szczekać na komendę i wiele innych rzeczy. Był mądry jak nie wiem co. Nauczył się tych komend za smaczki. Potrafił je wyłudzić. Uwielbiał je. Ale nie był to pies o stu wadach. Tu,w tym domu nauczył się wiele i nabrał dobrych nawyków. Kanapa została przybrana w rudoczerwoną sierść.. Zabawki poszargane..ale to był dom. Prawdziwy. Miły,ciepły,pełen pieszczot. Z poprzedniego uciekł,bo tam wciąż kłótnie i inne takie. A poza tym nie było prawdziwych pieszczot. A Amelka go rozumiała. Dobrze. Każde kiwnięcie ogonem.Może za to ją kochał?
-No,Tramp,łap!-krzyczała Amelka. Pies złapał frisbee w locie,a potem przyniósł w zębach. Merdał się przy tym cały.Długie nogi drżały z podniecenia,a uszy latały. Tak wyglądał radosny pies.-No,daaawaj!-mówiła Amelka. Pasowała do swego psa:gdy się cieszyła ,,latała” w słowach. To łączyło ich. Lubili sport,długie spacery…a czasem spokój. Tak,naprawdę. Każdy potrzebuje trochę spokoju, nawet najmniej spokojny pies świata. Lecz większość czasu piłki,kości i gryzaki były w ruchu. Dom był przewracany do góry nogami przez panią i psa. Ale czasem.
Pewnego dnia jednak dom zadrżał w posadach. Bo trafił tam młody foksterrier. Nazywał się Arti. Ale musiał najpierw zmierzyć się z WAŻNIEJSZYM PSEM. Ale że byli mnej więcej tej samej postury, doszli do porozumienia. Choć Arti był mniej ważny. Był jednak żywiołowy,szybki,szczekający. Pasował do tego domu. Toteż dwójka przyjaciół zżyła się z nim. Biegali razem z Trampem za frisbee,latali za piłką, jedli karmę, razem sierścili kanapę.. To były dwa zżyte psy. Arti różnił się jednak tym, że był trochę bardziej ciekawski. Wetknąłby nos w pokrzywy,gdyby siedział tam zwierzak.
-Słuchaj, musisz nauczyć się życia.- westchnął Tramp, gdy Arti wpadł do sadzawki. -Wrrraaaau! Nie pouczaj mnie ty… doroślaku!- odgryzł się Arti. Miał już prawie 3 lata, a Tramp niecałe cztery. Więc…niewiele różnicy. Arti był foksterierem krótkowłosym (mówię dlatego,że prędzej się myśli o takim szorstkowłosym). By ukryć zmieszanie odszedł i demonstracyjnie pogrzepał tylna łapą w ziemi. – Dorosły się znalazł.-mruknął pod nosem i odbiegł za misikrólikiem. Tramp westchnął i pokręcił głową. On też był rasą typowo myśliwską, więc podbiegł,by pomóc wypłoszyć ptaka z jesionu. Ale potem było coś lepszego-jeż. Doszło do spotkania Trampa i zwierzyny w krzakach. -AAAA łłłłłłaaaaa!- krzyczał pokaleczony przez jeża pies. Miał rany na łapach i pysku. W domu miał dużo odkażania, ale i smaczków.-Naucz się życia-warknął zawadiacko Arti przy wyciąganiu kilku kolców,które się wbiły. Terrier westchnął i zaraz rozległ się pełen bólu okrzyk.Jeden. Drugi, trzeci. Potem Tramp wyglądał jak pokłóta poduszka. Tak nazwał to Arti. A przez to on wyglądał jak.. zbity pies… Ale potem obaj się pogodzili.
CZĘŚĆ 3 KOT
-WRRRRRRAAAAAAUUUU!!!!!-warczał przez sen Arti. Właśnie gonił persa,kota który go kiedyś zaatakował. Po tym Arti bał się kotów. Wyszedł z tego podrapany i została mu po tym blizna na łapie. Przykryta sierścią. Ale został też strach przed kotami. Nie mówił tego Trampowi. Bo on ganiał koty… a on w takich momentach tylko siadał,oddychając ciężko i drżąc. Zaczynało mu się zdawać, że dawne, zabliźnione rany znów bolą i leci krew… Odwracał sie tyłem i uciekał do domu, zasapany i roztrzęsiony.
-Auuuuwrau!-zawył dziko Tramp, goniąc jakiegoś dachowca. Arti z przerażeniem patrzył na zbliżającego się kota.. uciekł. W domu schował się pod łóżkiem. Leżał,drżąc. Po 30 minutach doszedł do siebie i wyszedł.-Jak, złapałeś tego kota?-powiedział nieswoim,słabym głosem. -Nieee.- Tramp zignorowała dziwne brzmienie głosu kolegi. Przez chwilę. Ale nagle to zauważył. -No,co jest?- westchnął.
-Eeeeymmm….- Arti nie był pewien, czy powiedzieć.- No niiiiic-westchnął. -Aha-uciął Tramp i wyszedł. Jakoś w to nie wierzył. -Jak nie,to nie.-podsumował pod nosem. A Artiemu było głupio,że się nie przyznał. Ale doświadczenie było trudne. Tak samo wielki był strach przed tym, że nikt go nie zrozumie… Arti westchnął i odszedł, by zwinąć się w kulkę na posłaniu. Może zrobił źle? Ale lęk przed wyśmianiem był silniejszy. Bał się zbyt wielu rzeczy. Tramp taki nie był…A może… Przypomniał sobie, co kiedyś mówił mu taki owczarek zza płotu :,,każdy się boi”. Więc nawet zawadiacki Tramp… Tak. Może wyglądał odważnie na kanapie, przy ognisku, w starym domu czy minizoo, ale ma lęki! No właśnie. Wtedy wszedł Tramp.-Słuchaj, powiem ci coś. Nazywam się Garnfi..- zaczął. Arti omal się nie zachłysnął.-ZWIAŁEŚ?!!-wrzasnął,choć sam wiedział, że tak jest.. -No, mieszkałem z rodziną… potrącił mnie samochód, założyli mi w schronisku szwy,Ola mnie wzięła.-stresczył Tramp.-Dobra, a ty powiesz, co jest?
Arti westchnął.-Boję się kotów-powiedział cicho. Tramp popatrzył z niedowierzaniem. Arti już zaczął żałować, gdy Tramp spytał:-Serio?
-Ttttakk…-mruknął Arti.-Bo kiedyś parę tych złośliwców rzuciło się na mnie… I strasznie sprało… wciąż mam blizny.. aż krew płynęła..miałem kilka szwów..-wykrztusił ledwo Arti, jakby walka z kotami znów się zaczęła. Tramp wtedy inaczej niż zwykle na niego spojrzał. Nie jak na wariata, nie jak na zabiedzonego psa na śmietniku, tylko z czułością.-To o to szło..o Arti..Czemu nie mówiłeś? -Bałem się.Jak głupi się bałem.-jęknął Arti.-Nie martw się. To nic głupiego.
CZĘŚĆ 4 NOWI PRZYJACIELE
-Widziałeś? Do tych kilku nowych domów wprowadzili się lokatorzy z psami!-wrzasnął Arti.
-Widziałem. Jeden wygląda,jakby..jakby.. był wredny.- wydusił Garnfi-Tramp.-A tam.Przesadzasz. Na pewno są super.- Arti widział tylko pozytywne aspekty wprowadzenia się psów. Jeden był chyba borzojem,tego Tramp nie był pewien. Innych nie było widać. Pewnie weszły do środka.. Ciekawskiemu z natury Artiemu to przeszkadzało. Mogliby wyjść, poznałoby się ich.. Natomiast Tramp miał takie podejście ,,Zmieniło się tu, może na gorsze, nie ciekawi mnie to, podejrzany jest ten pies”. Ani cienia ciekawości. To Artiego nieco zirytowało. W końcu nie wytrzymał i wymknął się na dwór. Podszedł do borzoja, przywitał się. A borzoj:- A ty skąd tu, podwórkowy?
-Ty szczotko! Ja jestem rodowodowy!-wkurzył się Arti. Borzoj zamknął pysk i popatrzył z większym szacunkiem.-No PRZEPRAAASZAM. Wyrwało mi się.-powiedział, ale wyniośle. Arti był trochę jeszcze zdenerwowany, ale zapytał spokojnie:-Czy wiesz może,ile psów tu się wprowadziło?-borzoj prychnął.-Chyba coś koło 3-4. Jeden to taki mały terrier szkocki, reszta nie wiem…
-Dzięki,pa.
-Tramp?
-Mm?
-Miałeś rację do tego charta, ale tragedii nie ma..
-No widzisz!-Tramp był napuszony,jakby dokonał bohaterskiego czynu. To Artiemu się średnio podobało, ale wyjątkowo siedział cicho. Myślał o charcie, gdy nagle zerwał się jak rażony piorunem. Na podwórko wyszedł jakiś PIES!NOWY PIES! Popędził, jakby bał się,że ucieknie.-Cześć, jak się nazywasz, jakiej jesteś rasy, skąd jesteś?-wypalił jak zapalony dziennikarz Arti. Pies najpierw tylko parsknął śmiechem. Potem wszystko wytłumaczył.-Nazywam się Gamar, jestem owczarkiem szwajcarskim, jestem z Giżycka. Nie przyjechałem sam, a z kolegą- jamnikiem Serdelem.-Artiemu podobało się,że wszystko mu wytłumaczono.-A ja jestem Arti, rasy foksterrier szorstkowłosy, mieszkam z kolegą Trampem, terrierem irlandzkim od 1 roku, boję sie kotów, a Tramp to tak naprawdę Garnfi bo Ola mu zmieniła imię i go potrącił samochód, a mnie zaatakowały koty i wtedy się bałem.-Arti miał pasję do gadania, ale czasem plótł zwyczajne głupstwa, kiedy aż za bardzo chciał pogadać.-O,przepraszam, trochę splątał mi się język…-bąknął zawstydzony.Pies zachichotał.-Jak za dużo paplam,też tak mam. Mam 3 lata..-To jak ja!-przerwał Arti. I od razu polubił gadać z nowym psem.Ich rozmowy jednak brzmiały komicznie. Co kilka sekund przerywali sobie i się przekrzykiwali. Skakali z tematu na temat, ale.. takie ich języki, cóż. Piękny owczarek i elegancki terrier bardzo się polubili. Gdy Tramp usłyszał ich rozmowę,zachichotał i pokręcił głową.-No, mały sobie kogoś znalazł.-mruknął. Wtedy zobaczył jakiegoś abisyńskiego kota. Instynkt kazał go gonić, ale powstrzymał się i powoli podszedł. -Dzień dobry.-powiedział tonem wychowanego syjama, a nie dzikiego psa. Kot popatrzył podejrzliwie.-Nie pogonię cię, przysięgam. Zostań sobie na tym płocie, jak chcesz, ale powiedz: wiesz, kto tu oprócz tego borzoja z niewyparzonym językiem i pięknego białego owczarka się wprowadził?- Kot popatrzył już ufniej, zeskoczył z płotu i zachichotał.-Tak, ten chart rosyjski ma niewyparzoną gębę. Taki..wymądrzalski. Wracając do tematu tak, wiem. Terrier szkocki, pudel toy i tego.. duńsko szwedzki pies wiejski.-No to super. Cała swora…-mruknął pod nosem Tramp, ale powiedział:-Dziękuje, jestem wdzięczny za pomoc. Życzę miłego dnia!- i odbiegł.-No i pięknie! Cała ulica ,, zapsowana”!Owrr gry!- wściekał się. Tramp widział to w ciemnych barwach…no, ulica już jest innych. Marnie!🐩Wyszczotkowany pudel, wiecznie szczekający terrierek! To nie dawało spokoju. Ale nagle..zobaczył pudla. Niby nic, ale podszedł. Co tu dużo mówić,był piękny💞💖. Przeprzepiękny.-Cześć.-wyszeptał Tramp. Pudel spojrzał nieco nieśmiało i zapytał:-Kim jesteś?Nazywam się Nadala, ale niektórzy mówią ,,Pannica”…Ja tego n i e n a w i d z ę. Ty tak nie mów, prooszę.
-No dobrze, dobrze… Nadala, jestem Tramp, ale nazywałem się Garnfi…
-Zwiałeś,co?- suczka od razu mniej więcej odtworzyła historię.
-No taaak. A ty rasowy pudel?
-Tak💓.
-O. Ja też kundlem nie jestem, terrier irlandzki.
-Nie słyszałam o takiej rasie. Chyba rzadka?
-No,no,no. Trochę niepopularna.
Tak zaczyna się inna historia.
HISTORIA DWÓCH PSÓW
Tramp i Nadala byli niemal równi wzrostem, trochę inni, ale trochę też ich łączyło.🦮🐩 Tramp był wciąż nieco dziki i nieustatkowany,choć udawał,iż jest inaczej, Nadala była spokojna i wychowana, wchodziła drzwiami, nie oknem.🪟🚪Jak mawiał Arti:-Każdy ma swoją miskę, to każdy ma i wejście😅😅😅.
Wróćmy do psów. To nie była zwykła więź-to było coś więcej. Tramp…pokochał Nadalę. A ona jego..💓💖💞Poszli na spacer. Wędrowali po znanych tylko Trampowi uliczkach. Biegli po pomoście, przedzierali się przez zeschłe krzewy jeżyn.. Cały dzień był ICH🐩🐕. Nie wrócili do domu nawet na noc. Tę ciepłą letnią noc przespali na zewnątrz. Gdy obudzili się, pożegnali się krótkim ,,pa!” i popędzili do domów, gdzie czekali zmartwieni i zapłakani właściciele. To znaczy się Ola i Zosia (pani pudelki) były zapłakane. Lecz Tramp wiedział, że jutro znów wyjdzie-nie na godzinę, nie na 6, tylko na cały dzień.
-Spodobał ci się twój uczesany pudelek!- przywarknął Arti i odsłonił żartobliwie kły.-A ty, Arti, żabo skacząca po słowach, gadasz jak pomieszana książka!- odgryzł się Tramp📕😵💫.- Garnf.. przepraszam.-nagle się zaczerwienił.-Nic nie szkodzi.-westchnął Tramp, przygładzając uszy.
MOŻE ZAKOŃCZMY HISTORIĘ DWÓCH PSÓW NA TYM. WRÓĆMY DO ŻYCIA DWÓCH KOLEGÓW.
Część 5 Wyprowadzka pudla😭
ŻYCIE PSA OKIEM PSA👀🐕🐶
Riko, mały jack russel terier węszył po uliczce. Wtykał nos w każdy kąt. Było tu tyle ciekawych rzeczy..-Mmmmm…. Łaził tu kot.. bfle! Kocisko… Jakiś olbrzym… Ja też jestem ważny.- i zaczył teren. Smycz plątała się między łapkami (kto wymyślił to paskudztwo?), ale spacer był miły. Wtedy zobaczył coś nieprzyjemnego: kota liżącego sierść. Zawsze kot coś dociął.-Hau,hau! Czegoś tu chciał?-zawarczał.-Haha! Stare numery na koty.. Mnie nie przestraszysz, kundelku.-Nie kundelku,tylko nie kundelku!- To kundlu na krótkich łapkach.-Sam jesteś na krótkich łapskach!A w ogóle, to co w mieście?-koty, niestety, są obeznane. I jak chcesz czegoś się od nich dowiedzieć,nie możesz go spłoszyć. -No,nic.
-Jak:nic? Zawsze coś!O,pa-pies został zaciągnęty na smyczy. Do domu.🐕
-Rikuś,chodź!
-O,pewnie spacer!
***************************************************************************************************************
Pies szedł zamyślony.-Mm. Co dziś będę robił?Chyba poza tym spacerem poproszę o wyjście do lasu.. Tak. A teraz dokąd? Do fryzjera nie, do parku? Tak, widać! Puszczą mnie luzem. Ooo..-pani jednak nawet nie weszła na skwerek.-No, coś tu nie tak! Mieliśmy pójść do parku!-skamlał psiak,ale pani szła dalej.Pies był zamyślony. Znowu. Tym razem myślał, dokąd zmierza.O nie!!Szyld WETERYNARZ. Co to ma byC?Przecież miał być spacer!-A mmy,mymmymmmmiii!Co ja tu robię? Miał być długi spacer!
Podszedł Gandle. Znajomy dalmatyńczyk.-Czy..ty..- spytał drżącym głosem.-Idę do weterynarza-szepnął Riko.-Co?! Czemu?! Łapę rozciąłeś,chory jesteś?- Riko pokręcił zażenowany łbem. -Nie! Ale wiesz, jacy są ludzie, oni zawsze coś wymyślą! Zastrzyki,kroplówki,operacje. Rozumiesz!-Zapieraj się wszystkimi łapami..uważaj na koty w poczekalni… Uciekaj przed zastrzykami.-doradził Gandle i pobiegł do pana. Riko spojrzał niepewnie na panią. Tak, nie mylił się! Szli do weterynarza! Zaczął zapierać się łapami, ale zaciekawiony dźwiękami ze środka wszedł. Wszędzie transportery, smycze, podejrzane zapachy… Trzeba zbadać. Może zastrzyku nie będzie.. ciągnął na smyczy w stronę jakiegoś pomieszczenia. W końcu wyrwał ją z rąk pani i popędził w kierunku drzwi ,,pomieszczenia dla personelu”. Ale wtedy wbiegł komuś pod nogi i spadł mu na łapę ciężki karton.Przestraszony ciekł i ,,spłaszczył się” na ziemi. Wczolgał się pod krzesło i niepewnie obserwował otoczenie. Łapa bolała. Nagle drzwi się otworzyły,a on zjeżył się i podskoczył, uderzając o krzesło.-Riko?Zapraszam!
Pies został wyciągnięty z kryjówki i położony na stole. Weterynarz osłuchał go, zmierzył temperaturę..Spokojnie, wytrzyma się. Ale teraz najgorsze:WAGA. Jaki jack russel może ustać w miejscu? Na pewno nie Riko. On nie umiał. Ciągle był w ruchu. Biegał,skakał,kicał. Złapano go za kark i przytrzymano. -Waży dobrze,5.4 kg. Wcześniej miał 5.9, troszkę schudł. Ale to zupełnie normalne, jeśli więcej się rusza.
Po wizycie Riko miał nadzieję na spacer. Ale został ,,zaciągnięty” do domu. No cóż, nieprzyjemny koniec dnia.
Obudziło go szczekanie Gandle🐕. Wstał, podrapał się za uchem. Przeciągnął się i poszukał otwartych okien. Niestety, dom zabezpieczony. Nie ma mowy o ucieczce.. Westchnął i położył się na fotelu. Za oknem gołębie walczyły o skórkę chleba. To sprawiło, że jeszcze rozpaczliwiej zapragnął wyjść. Pogonić te ptaki, by odleciały z furkotem.. Tak. Pogonić tego dachowca, powarczeć na husky zza płotu.. Wszystko czeka!🐈🐈⬛🦴🐩🐕🦺
Pobiegł na górę i radośnie zaszczekał, by zbudzić panią.-Hauuuuaauuu, auuuuuuu!-powtórzył kilka razy. To starczyło.-Riko, za pięć minut… Muszę się przebrać!-zawołała i wyrzuciła psiaka za drzwi. Ale on czekał merdając ogonkiem. Gdy pani wyszła, podsunął jej kapcie. Potem poprowadził ją pod drzwi tarasu, prosząc, by je otworzyła. Zanim rozwarły się całkowicie, pies był już na dworze. Biegał, kicał, szczekał na wszystko-nie mógł ustać. Węszył, szukał piłki.. Wszystko naraz dosłownie. Ale nagle zastygł w bez ruchu z piłeczką w pyszczku, która zaraz i tak wyleciała z wielkiego wrażenia. Zobaczył kota. Nie byle jakiego-wielkiego, napuszonego… perskiego! Tak, takiego kiedyś widział. Tamten go zadrapał po nosie. Zbliżył się powoli…powoli.. i nagle szczeknął. Podskoczył, zjeżył się i zaczął wydawać dziwne dźwięki-mieszankę warczenia i szczekania. Kot syknął i uciekł.-Auuuuu!-zawył radośnie i zaniósł ulubioną piłeczkę w zębach do domu. Tam otarł łapy o wycieraczkę, by nie narażać się na krzyk, i zajrzał do miseczki z karmą. Była pełna pysznej karmy. Pies pochłonął ją radośnie ze zdwojonym apetytem po emocjonującym poranku. Z nadzieją spojrzał na panią, licząc na dokładkę, ale ta tylko zaśmiała się i pogroziła mu palcem. Pies westchnął i położył się z łapami pod głową. Przecież po bieganiu ta porcyjka była zbyt mała. Chwilę pogryzł z nudów gryzak, po czym zaczął szukać zajęcia. Nagle zobaczył OTWARTE OKNO! Jak nie wykorzystać tej okazji! Cofnął się, odmierzył odległość.. I wyskoczył. W tej kwestii był mistrzem. Zrobił podkop pod płotem i ruszył na spacer. Rozglądał się, niby ciekawie, a jednak.. niepewnie. Bał się spotkać dużego psa, przed którym nikt go nie obroni.. Bał się dużego psa, choć udawał, że wcale nie, by go nic nie zaatakowało.. Dlatego odruchowo wzdrygnął się, gdy usłyszał szczeknięcie. Na szczęście to był tylko jakiś mały piesek zza płotu. Ale to go tylko bardziej zestresowało. Może jakiś duży pies jest w pobliżu? Zawrócił szybko do domu. Ale okno było zamknięte! W panice zaczął skrobać w drzwi. Na szczęście otworzono mu. Ta przygoda trochę go rozruszała i był spokojniejszy.
Ten dzień był spokojny. Nawet Riko nie szarpał się na smyczy i wyglądał na psa, który skończył specjalną tresurę. Szedł równym krokiem przy nodze.. dopóki nie zobaczył tego pitbulla. Na jego widok zaczął próbować wyrwać smycz. Ciągnął w stronę domu z całych sił, rozpaczliwie-ale nie udało się. Wielki pies zbliżył się. Ustał w miejscu, jakby nigdy nie widział niedużego pieska. Riko zastygł w bezruchu.-Cześć.-szepnął.-Wcale się ciebie nie boję…-mruknął po chwili. Pies był chyba zdziwiony. Wyglądał nawet, jakby miał się roześmiać. -Aha. Nie boisz się mnie, a ja nie boję się ciebie😳-odpowiedział i się roześmiał. Riko przypadł do ziemi i nieco przestraszony patrzył, jak śmiejący się pies odsłania zęby w uśmiechu😁.-No, czego się śmiejesz?-zapytał z udawaną złością, głos mu drżał. Miał sztywne łapy i lodowaty wzrok, ale tak ostro wyglądał tylko. Tak naprawdę to kiedy tylko pies warknął na kota, zasłonił oczy łapką, jakby bał się, że go uderzy.-Boisz się mnie.-wetchnął pitbull po długim śmiechu i odszedł. Riko zadrżał. Po grzbiecie przeszedł mu dreszcz. Poczuł ulgę dopiero wtedy, gdy wielki pies zniknął za domem. Wtedy zaczął ciągnąć do domu.-No, do domu, proszę, BEATA!-szczekał. Został ostro skarcony za ciągnięcie, ale do dou wrócili. Dopiero tam, na posłaniu mógł się odprężyć. Gryzł gumową kość,wiedząc, że nie zaatakuje go tu żaden pies.
Dziś był paskudny dzień. Padał deszcz, wcale nie chciało się wychodzić dla żadnego psa. Z jednym wyjątkiem..
Riko uciekł przez okno. Padało, ale nie zrażało go to. Poszukał klombu i trochę go rozkopał. Wytarzał się w tam powstałym błocie i… wrócił do domu..
Zostawił ślady z błota.-RIKO!!!! DO WANNY!-krzyknęła Beata. Szybko zmyła podłogę i na siłę umyła psa.Po wytarciu pies uciekł z łazienki i tarzał się po podłodze, chcąc pozbyć się zapachu szamponu. Tak naprawdę wiedział, że zostanie zapach. Ale był tak zdesperowany.. Ale nie mógł wytarzać się w niczym innym. Po chwili dał sobie spokój. I tak nic nie zadziała. Westchnął, wskoczył na oparcie kanapy, wygodnie się rozłożył i patrzył na deszcz. Ale to było taaaakie nudne…jedna kropla..trzecia….setna… Nawet nie wiedział, kiedy zasnął. Gdy wstał, promień słońca mile ogrzewał mu grzbiet. Nie pada! Riko wybiegł na dwór. Pachniało miło. Tak.. świeżo. Ale nie jak szamponem. Już, już miał się wytarzać w błocie, gdy..
-RIKO!!!!DO WANNY!-mydło,wszystko,co się dziś stało w wannie. Powstrzymał się, byle się nie wykąpać. No bo ten szampon jest PASKUDNY. Pachnie wstrętnie, gryzie nos i swędzi. Teraz zapach osłabł, to lepiej, niż gdyby miał się wzmóc. Więc ograniczył się do kroczenia w mokrej trawie. Wiatr wiał w sierści, wydmuchiwał woń szamponu..-Tak lepiej.-westchnął radośnie Riko i poszadł do Gandle. A wszystkie psy szalały po podwórkach, ciesząc się ruchem.🐕
Zima była zimna i lodowata. Wszędzie leżał lód. No.. i to było powodem wypadku.
Riko szedł na zamarzających łapach. Cieszył się,że spaceruje, ale nie było to przyjemne. Zamarzł chyba cały. Było z -10, a on nie był, niestety, samojedem czy malamutem. Wzdrygał się, gdy tylko poczuł chłód na karku. Marzył sobie o bucikach na śnieg i kurteczce. Właśnie z tymi myślami postawił kolejny krok-bez należytej ostrożności. Upadł na przednią prawą łapę, która dziwnie się wygięła. Zapiszczał z bólu i po chwili leżał jak długi na chodniku z nienaturalnie wygiętą łapką. -Riko!-krzyknęła Beata.-Co ci..-urwała, gdy zobaczyła nogę. Nie była zraniona, ale wyglądała na skręconą…-Jedziemy do weterynarza.- powiedziałą zdecydowanie i delikatnie zaniosła do samochodu. Piesek nie protestował. Nie miał sił. Łapa tak bolała..
W klinice założono mu ortezę. Niezbyt bolało. Ale była taka.. sztywna. Źle w niej się chodziło. Przynajmniej nie boli, pocieszał się pies. Gdy przyjechał do domu, spróbował samodzielnie, bez kuśtykania wejść do domu. Ale Gandle to tak rozśmieszyło, że w oczach miał łzy. Więc zakończyło się to tak, że obrażony Riko ciągnął łapkę za sobą, wchodząc do domu. Kiedy podszedł do lustra, stwierdził, że wygląda głupio. -Weterynarz ma pomóc, nie zakładać obciążnik na łapkę!-warknął. -Nie będę mógł wyjść z domu przez parę najbliższych tygodni-wyłamywał łapy. Powąchał ortezę i szarpał ją. Ale była mocno przymocowana.Źle!-Nic nie zrobię.Muszę czekać w domu, aż mi to zdejmą. Na spacer żadna siła mnie nie wyciągnie….-zawahał się jednak. Bez spacerów? To jak wyładować energię??!-No dobra..Ale kiedy nikt nie patrzy.
-W co wsadziłeś łapę?- zapytał jamnik Parówka. Urażony Riko odwrócił się i odszedł.-Też coś! To weterynarz mi to włożył, mógł chociaż to zdjąć!-warczał, prawie płacząc. Nikt nie umiał tego zrozumieć, nawet koty odważały się na docinki! Tak być NIE MOGŁO. Dlatego postanowił zdjąć tę ,, pułapkę na łapy”. Wsadzał nogę w ciasne miejca, by w końcu sama łapa się wysunęła.. ale nie działało. Wreszcie pies rozpracował zdejmowanie-należało rozpiąć rzepy. Pierwszy poszedł-poszedł drugi,trzeci. Noga była wolna.. ale BOLAŁA! Strasznie. Pies nie mógł stanąć. A orteza znów została założona. Było źle, ale Riko pojął, że ta orteza mu pomaga.
Riko obwąchiwał nieufnie wielką paczkę. Pachniała dziwacznie. Jakby.. sklepem, nowością..
To były obroża, nowa smycz i zabawki! To było wspaniałe. A karton stał, więc psiak wskoczył. Ale.. wyjść nie mógł. A akurat wszyscy wyszli.. Musi się ratować. Zaczął drapać karton. Z całych sił. Karton powoli się rozrywał.. Nie mógł przestać. NIE MÓGŁ! w końcu rozszarpał karton i wyszedł z pułapki. Zadrżał i odbiegł od kartonu. W panice nie czuł głodu, ale teraz wiedział, że musi coś zjeść. KONIECZNIE. Poszukał odpowiedniej szafki z jedzeniem i stanął pod nią. Jak zdobyć jedzenie? -Nie złapię za uchwyt-stwierdził terrier. Co miał więc robić? Podskoczył i dosięgnął uchwytu. Ale nie dość, że nie otworzył, to jeszcze zawisł w powietrzu!! Puścił się więc zębami. Wylądował na podłodze. -Uuufff…. Ale nie ma jedzenia!
Piesek pokręcił się pod szafką. Zaczął drapać. Zauważył, że w niektórych momentach otwierała się delikatnie. Miał więc już plan działania: gdy szafka się otworzy delikatnie, wetknie tam pyszczek i otworzy. Po chwili udało się. Piesek szybko otworzył pyszczkiem szafkę i wszedł do środka. Wyjął worek karmy i zaczął szarpać go zębami. Niedługo trwało rozrywanie; Cała podłoga po chwili została zasypana smaczkami. Pies zajął się ,,czyszczeniem” podłogi. Gdy poczuł się syty zasnął😴🥱.
-O nie, Riko! Patrz, co zrobiłeś!
-No nie! Jak to zrobiłeś?
-Taki bałagan!
-Oo-powiedział Riko i uciekł do Gandle.-Gandle, ratuj!-zasapał.-Co się dzieje?-spytał leniwie dalmatyńczyk, otwierając jedno oko.-No.. tego.. Rozsypałem worek karmy.
-CO????????????!!Czemu?
-Byłem głodny..
-O Riko…
Riko znudzony szedł przy nodze. Mieli iść w jakieś miejsce, ale nie wiedział, jakie. Nie był to weterynarz, park, las, fryzjer i inne znane przez niego miejsca. Wtedy nagle postawił uszy. Jakiś nowy budynek! Oni do niego idą! Pachniał psami, zabawkami, smaczkami, obrożami.. Ciekawe. Wszedł bez protestowania. Ale kiedy zaprowadzono go do małej sali.. przypadł do podłogi. Było tam kilka dużych psów i kilka małych. Pokazał im wszystkie zęby. -Tylko spokojnie!-zawołała trenerka. To była szkoła tresowania psów.-Riko boi się dużych psów.-wytłumaczyła Beata, a pies tylko przewrócił oczami. Mówiła to na lewo i prawo. Ale trenerka pokiwała głową i powiedziała:-Trzeba się tym zająć. Powoli go przyzwyczaimy.-Riko szarpnął i pokręcił łbem. On nie polubi dużych psów!!!!! -Wstrętna tresura!-warknął pies, próbując urwać się na smyczy i uciec. Ale pani stanowczo go przytrzymała. Po półgodzinie chodzenia przy nodze i przychodzenia na zawołanie poszli do domu. Ale piesek nie miał zamiaru wracać na tresurę. Ona była dla niego przerażająca.
-Co?Chodzisz do szkoły tresury?-zdziwił się Gandle.-Tttaak.. Ale tam jest strasznie.
-Czemu? Biją?
-No nie, ale duże psy i bezwzględne posłuszeństwo.-Gandle wzruszył ramionami.-Ja tam bym wytrzymał.-mruknął. Riko spojrzał na niego jak na różowego osła.-Jak? Przecież.. przecież…
-Tam nie jest strasznie.-uciął Gandle i poszedł do domu. Riko popatrzył na niego z żalem. No nie, czemu nikt nie rozumie?
-Rikuś, tresura!-zawołała Beata. Riko zastygł w miejscu. Co? Nie, nie!! Uciekł do ogrodu.-co jest..Rikuś.. Tam nic takiego nie ma..-westchnęła, gdy zobaczyła przerażonego pieska schowanego w krzakach.-No nic. Trzeba jakoś oduczyc cię strachu do dużych psów. Ale nie na tresurze.-Riko odetchnął z ulgą. Taak! Nie idzie na tę wstrętną tresurę! Wyszedł z krzaków z piłką w pyszczku i niepewnie zamerdał ogonem. -To..jak? Bawimy się piłeczką?-zaszczekał.-Riko, chcesz się bawić?No dobra!
Piłeczka poleciała dalej, nikt nie myślał już o sposobie odzwyczajenia od strachu do dużych psów.
Gandle przyszedł na podwórko Rika. Zaszczekał, ale nie ze zwykłą sobie pewnością. Gdy Riko przyszedł, powiedział, że się wyprowadza.-Co..nie..nie tak..-wydusił Riko. -Nie możesz…jesteś moim przyjacielem..
-Rik, to nie ja o tym decyduję.. Pa!-Riko patrzył, jak Gandle wskakuje do samochodu i odjeżdża.. na zawsze.-Gandle!Wróć!-zawołał Riko, choć wiedział, że to nic nie da. Stracił przyjaciela. Już nigdy go nie spotka!😢NIGDY. To był jedyny duży pies, do którego miał zaufanie. Teraz wprowadziła się tu rodzina z labradorem. Ale nigdy ten pies nie zastąpi Gandle. Riko czuł złość i smutek. Wrócił do domu i położył głowę na fotelu. Dla tego dalmatyńczyka mówił wszystko. W końcu postanowił, że nie zaprzyjaźni się z psem zza płotu, bo nie jest to Gandle. Może to i głupie, ale pies o tym nie myślał, skupiony na żalu po Gandle.
-Dzień dobry.-powiedział Riko sztywno dla labradora zza płotu.-Cześć! Jestem Kiker. A ty?
-Riko.-odparł.
-Witaj Riko. O… żal ci po Gandlu?
-A skąd go znasz?
-O, troszkę się zaznajomiliśmy.
-Aha.-odparł obojętnie Riko i odszedł. Minął już 3 tydzień. Riko już dawno się pogodził z losem, ale ten pies i płot przypominały tego dalmatyńczyka z łatką na uchu..Natomiast labrador tego nie rozumiał i myślał, że on go nie lubi. Riko stwierdził jednak, że to spory pies i tylko zza płotu można z nim normalnie rozmawiać, także sądzenie labradora było w części prawdą. Kiker był miły i w ogóle, ale nie był nikim zaufanym. Mały terier nie zwracał na niego większej uwagi. Miał już dość innych psów, niezależnie od rozmiaru. Może to dlatego, że przypominały mu Gandle?
Riko szarpał się na smyczy. Zobaczył wiewiórkę. Szybko się poruszała, co zachęcało do złapania jej. Poza tym uciekała.. Była SZYBKA. Zrobił nagły ruch i wyrwał smycz z ręki Beaty. Pobiegł za wiewiórką, po czym usiadł pod olbrzymim drzewem, na którym się schowała. Szczekał głośno. Beata jednak ze śmiechem chwyciła smycz i zaprowadziła gdzie indziej: do parku psów. Było tam wiele atrakcji do przejścia. I kiedy tam wszedł, zobaczył.. duże psy. Zaczął uciekać, ale nie miał dokąd. Zrobił więc coś innego. Padł na zięmię i ,,spłaszczył się”. Niestety, jakiś dog niemiecki go zobaczył. Zaczął podchodzić. Wtedy Riko pobiegł w inną stronę. Przeskoczył przez ogrodzenie. Beata go dogoniła. Wyglądała na zmartwioną.-Oj, Riko.. myślałam, że powoli, kontrolowanie przestaniesz się bać, ale widzę, że takie próby tylko pogarszają.-No, właśnie, nie odzwyczaisz mnie.-powiedział szczekając Riko.-Co? Głodny jesteś?-Czemu ty mnie nie rozumiesz!!-jęknął Riko. Ale wtedy właśnie zaczął stwierdzać, że nie wychodzi już na spacery. Kończą się zwykle strachem. I jaki to ma sens? Już zawsze zostanie w domu. Nic nie zachęci go do wyjścia dalej niż do ogródka.
Beata założyła smycz dla Rika. Ale ten wyrwał się i pobiegł pod kanapę.-Rik, co jest?Nie chcesz?!
-Nie..-warknął Riko.-Co? Coś tam jest?-spytała, a Riko zrezygnowany zasłonił głowę łapą.-No nie!!!-krzyknął po psiemu, jak zawsze mówił, i uciekł do innego pomieszczenia. Beata i jej rodzice byli zaniepokojeni tym zachowaniem. Przecież ten psiak uwielbiał ruch! A teraz nie był sobą. Po kilku naradach zaczęto łączyć wnioski i doszli do trafnego: duże psy. Ale co należało zrobić? Park psów, tresura-to wszystko zawodzi. Należało poczekać.
Riko chodził nerwowo po całym mieszkaniu, jakby miał wybuchnąć. Energia zbierała się w nim od 2 tygodni, bo wychodził tylko do ogrodu. Ale nie wiedział, jak poradzić sobie z tym. Bał się dużych psów, ale potrzebował ruchu. To było dla niego straszne. Zaczął biec po ogrodzie. Nic nie dało. Wziął głęboki oddech i pomaszerował niepewnie po smycz. Zaniósł ją dla Beaty zaszczekał-nie tak jak zwykle, z radością, ale jednak chciał wyjść! Beata zabrała go do lasu. Tam nie było dużych psów, a tak się zmęczył, że zasnął tuż za drzwiami!
Mimo spacerów do lasu trzeba było coś zrobić. Przecież las, kanapa i podwórko nie może być światem psa! Ale póki co piesek był szczęśliwy. Było dobrze- miał ruch, las nie był zwiedzony do końca, jadł na świeżym powietrzu-to było to. A właściciele też to uwielbiali. Zaczęli też jeździć nad jezioro, gdzie Riko pływał. Jednak pewnego dnia przyszedł tam bernardyn. Z rodziną. Zachowywał się łagodnie, ale jack russel się go bał. Wtedy pies podszedł. Spokojnie, wąchając ziemię..Riko podszedł po łuku.-Cześć-powiedział takim tonem, jakby było oczywiste, że przywita się z dużym psem.-Boisz się mnie-zachichotał bernardyn. Pies nie wiedział, co odpowiedzieć. To była prawda.-No..ale.. jesteś w porządku-uśmiechnął się trochę sztucznie i potoczył piłkę noskiem. Bernardyn jednak zastąpił mu drogę.-Nie bój się! Nic ci nie zrobię!-zawołał, by uspokoić towarzysza.-Wiem-wycedził przez zęby Riko.-No to bawmy się.-powiedział spokojnie bernardyn i jak gdyby nigdy nic odebrał piłkę. Psiak zaczął gonić go. Na początku ze złością, po chwili.. z radością, bez strachu. Beata patrzyła na to z rosnącym zdumieniem. Unikanie dużych psów i pojawienie się bernardyna zrobiło wielki krok do przodu! Ogromny! Po powrocie pies był spokojniejszy i zasnął. A właściciele poznali się z właścicielami bernardyna i zaczęli planować spotkania z nim. A potem normalne spacery i powolne przyzwyczajanie do innych psów.
-To żak? Begamy i ty mne łapesz?Żabeż my żabawkę-powiedział z trudem Riko, trzymając gumową kość w pyszczku.-I ty mnie pytasz? Biegnij!-zawołał bernardyn, który nazywał się Barten. Zawył i popędził za przyjacielem, który omijał drzewa i krzaki, by utrudnić odebranie zabawki. Jednak, jak się okazało, Barten też był niezły. Po chwili wywrócił Rika na grzbiet. Piesek wyrwał się i uciekł kilka kroków, po czym jakby się powstrzymał.-Wygrałeś…-powiedział, niepewnie oddając zabawkę.-Co jest?-Riko westchnął. -Nie lubię, gdy ktoś tak naskakuje. Mam wtedy wrażenie, że chce mnie zmiażdżyć..-wytłumaczył Riko.-Dobra. Beż naszkakiwania.-powiedział niewyraźnie Barten i wypluł zabawkę.-Jeśli tak chcesz,to tak może być.Ale.. goń mnie!-zawołał i wziął zabawkę. Potem psy zostały zawołane na smycze. I poszli do..parku psów. Riko skulił się.-Boisz się dużych psów?-spytał z troską bernardyn.-Tak.-Nie bój się. Będę z tobą. obronię cię.-No doobra..-mruknął i powoli wszedł, przeciągając każdy krok. Jednak obecność wielkiego kolegi sprawiała,że czuł się pewniej. Powoli kroczył wśród przeszkód i zabawek. Wtedy po łuku podszedł owczarek aussie. Riko wyczuł, że raczej nie ma złych zamiarów, więc spokojnie ,,ukłonił się”. Pies w końcu znalazł się obok. -Cześć.-powiedział cicho.-Cześć-powiedział nieco onieśmielony Riko. -Chyba się boisz dużych psów..-powiedział drugi pies. Zupełnie niezłośliwie i cicho.-No dobra, boję się! I co ci z tego?-krzyknął terier, bo poczuł złość. Drugi pies stał zdziwiony.-Spokojnie, wcale nie chcę cię urazić ani nic. Ja cię dobrze rozumiem.-te słowa były zaskoczeniem.-No wiesz. Kiedyś też się bałem. Ale powoli mi przeszło.-Naprawdę?-Naprawdę. A wiesz, co pomaga?-Co?-To, żeby mieć świadomość, że umiesz się porozumiewać i bronić.-Co?- piesek nie zrozumiał. Ale pies milczał. Wtedy właśnie poukładał to sobie w głowie i zaczął kapować, o co chodzi.-Aha. Ale mi to nie pomaga.-Tak. Bo ci pomaga coś innego-ten wielki, sympatyczny kolega-powiedział aussie i uśmiechnął się.-A my zostańmy też kolegami.-Dobrze. Jak chcesz…- Riko jednak polubił tego łagodnego psa. Był mądry, rozumiał, spokojnie reagował i wydawał się nieco…niepewny. Może to sprawiło, że zdobył zaufanie pewno-niepewnego psa? -Riko.-powiedział.-Artin.-Miło mi.- I zaczęli rozmawiać o życiu, kiełbasie, karmie, ulubionych zabawkach.. Wkrótce dołączył się Barten. Bardzo wszyscy się polubili. I tak zaczęło się otwieranie Rika na inne psy. Prawdziwe. I przestawał bać się dużych psów.
-Heej! Idziemy do parku psów?-zawołał wesoło Riko i podbiegł do Bartena.-Już się nie boisz..? Tak, jasne.Spotkamy się z Artinem. Lubię go, bo umie się bawić.-No weź! Za zabawę?-zdenerwował się Riko.-Wiesz? Odkąd go poznaliśmy, czuje, że trochę mniej mnie lubisz.-westchnął Barten.-Masz prawo..-Nie, nie! Nie rozumiesz! Lubię was na inne sposoby, rozumiesz? Ty jesteś bardziej bliski, bezpieczny, a on mnie rozumie i jest spokojny, rozumiesz?-Dobra..To jest z sensem.- bernardyn zrozumiał. Wiedział, że piesek mówi prawdę. On zresztą zawsze mówił szczerze, co o czym myśli. No więc poszli do parku. Tam skręcili na ogrodzony teren psiego parku. Spotkali Artina. Tamten zaproponował, że może pójdą gdzie indziej. W jakieś super miejsce.-A co to za miejsce, hę?-spytał bernardyn.-Zobaczysz!-Artin był rozentuzjazmowany, więc to musiało być super niesamowite i wspaniałe. Poszli więc chętnie. Przeszli pod ogrodzeniem, weszli do jakiegoś budynku.-Mmm… Gdzie jesteśmy?-spytał niepewnie Riko.-Zobaczysz!-odpowiedział aussie a oczy błyszczały mu się z przejęcia. Poszli do jakiegoś pomieszczenia. Tam było sporo kiełbasy.-O łał! Jak to znalazłeś?-Mniejsza o to. Bieszcie sznur serdelków czy baleronów i wiejemy. Tu są ludzie.-Co?!-Oj..Kłopoty!-Czemu nas wziąłeś w to miejsce bez uprzedzenia?-No weźcie, wiejemy i tyle. Spokojnie. Dopiero co poszli. To idziemy.-i poszli. Potem schowali się w zaułku i spałaszowali kiełbasę.-No dobra. Może i nie było tragedii, ale jak następnym razem uprzedzaj. KIedy kolejna przygoda?-spytał Riko.- Za kilkanaście minut.-powiedział z uśmiechem Artin.-No nie. Czyli co kilkanaście minut od teraz ryzykujemy życie?-spytał bernardyn.-Ej, trochę entuzjazmu. To nic z ludźmi. Po drodze powiem, co.-No nie wiem. To po drodze może u ciebie znaczyć tonąc w oceanie. Nie jesteś tym spokojnym psem z placu zabaw.-powiedział poważnie Riko.-Uhm. No, wiesz. Ja jestem nieco inny na co dzień. Wtedy musiałem taki być, bo byś się przestraszył. Teraz jesteś innym psem.- Wciąż nie gotowym na ryzykowanie życia.-Ej. To fajna przygoda, nie ryzykowna.-Tak? A co to znaczy? Jeżdżenie na dachu samochodu?-No..nie. Planuję przejść się na wrzosowiska.-Okej. Mądry pomysł. Nieryzykowny, naprawdę.Idziemy.
Na wrzosowisku było pięknie. Wszędzie miejsce do biegania. Trochę polatali, ale wtedy..-Hej! Już chyba po 15! Wracamy.=-No dobra-powiedzieli chórem Barten i Artin.
Riko leniwie przeciągnął się. Wcale nie chciało mu się wstać. Ani trochę. Było mu wygodnie i miło.. Ale wtedy pomyślał, że może przecież pójść pobawić się z kolegami. Nie mógł tracić czasu! Wybiegł przed dom. Przechodził przez ulicę, ale nagle nadjechał samochód. Uderzył go, a on nieprzytomny upadł na chodnik.
Pies obudził się w szpitalu. Był przykryty kocami i podłączony do kroplówek.-Auu…-syknął, bo zabolała go łapa. Zastanawiał się, co się w ogóle stało. Wtedy przypomniał sobie wypadek.-Aa. Potrącił mnie ten głupi samochód. Po co są te ryczące potwory? Żeby potrącać..auu..Psy?Jak tylko go dopadnę..
-Co??! Jak to? Rika potrącił samochód?-spytał zdziwiony Barten Artina.-Tak, to straszne.-Ale żyje?-zapytał zbladły bernardyn.-No, jasne, on wyjdzie z każdych kłopotów. A nie?-No, tak..-Wraca za 2 dni.
Riko z radością wyjrzał przez okno. Od wypadku minęły 2 tygodnie. Mógł chodzić normalnie, bo miał śruby. Psy, Barten i Artin, były przejęte wypadkiem. Ale Riko nie traktował tego jako coś najstraszniejszego, więc przestały się tym martwić. To był ten sam, zadziorny piesek. Tylko trochę się zmienił- utykał trochę. Ale miał przestać, gdy zdejmą mu śruby. To dawało nadzieję na dawne zwariowane szaleństwa. Riko na to czekał. Ale czasem, gdy nie mógł zasnąć, czuł, że to się chyba nie naprawi.. Bał się tego. Przecież… śruby to nic tu nie są ważne. Łapa straciła siły. Ale on tego nie mówił.
-Heej, Rik? Pobiegamy?-zapytał Artin.-No..nie. Łapa jest inna. Nie wraca..-Co? No nie.-Artin zatrzymał się.-Nie mówiłem tego..ale to poczułem.-pies spuścił łeb.-Riko…nadal będziemy cię lubić.-Nawet, jak będę chodził jak dziad?-psy wybuchnęły śmiechem.-Nawet. Poza tym chodzisz jak pies..-W paskudnej ortezie.-Przypuśćmy. Ale ja wciąż wierzę, że przestaniesz utykać.-A ja nie wiem sam. Na początku wierzyłem, ale teraz tracę w to wiarę. Sam nie wiem.-pies był zawiedziony,że nie będzie dokładnie, jak on chce. Miał wrócić do ,,normalnego siebie”. A nie wrócił. Poszedł do domu i zaczął o tym myśleć. Czemu nie ma Gandle? On by… nieważne. Ma dwóch przyjaciół równych Gandle. Oni lepiej rozumieją. Może dlatego,że poznali go w trudnych sytuacjach? Wiedzieli, że może się bać różnych rzeczy. Rozumieli to bardziej.
-Jak! Mogę normalnie iść!-stwierdził Riko. A już stracił w to wiarę! Pobiegł radośnie merdając ogonkiem do kolegów.-Patrzcie, jestem jak dawniej!
-Hej, Artin?-Mm?-A czy tu są zwierzęta?-No, nie wiem..-A mówiłeś, że są krowy! I że udoimy je!-wtrącił rozsądnie Barten.-O jej, jak mówiłem, to tak jest.-A mówiłeś, że nie wiesz, czy są zwierzęta!-Szsz!
Psy w mroku weszły do obory. Podeszły do dorodnej łaciatki.-Hej! Wstawaj!-Szczeknął cicho Artin. Bydlę drgnęło i nieco przestraszyło.-Pst! To ja i moi przyjaciele. Możemy trochę mleka?-A pewnie, jeśli potem dacie trochę koniczyny.-O, super!-psy zaczęły pić.-Teraz koniczyna-zarządził Riko. Przynieśli najwięcej jak się da w pyskach i pobiegli by wyspać się przed inną przygodą. Bo Artin nawet musiał odpoczywać przed szaleństwami. Następnego dnia czekały ich piękne przygody…
Riko wyszedł na podwórko. Przeszedł pod płotem i obwąchał okoliczne drzewa. Nic ciekawego. Poszedł więc na miasto. Tutaj było mnóstwo woni. Psy, koty, jedzenie, śmietniki, ludzie, perfumy, sklepy. Wszystko ciekawe i kuszące. Postanowił jednak zrobić coś ciekawego-pójść za miasto. Zaczął biec poza domy, sklepy. Tam, gdzie jest trawa, ulica, lasy… Ale strasznie długo szedł, a miasto się dłużyło. W końcu doszedł do skraju. Pobiegł na przód. Tutaj nie było ograniczeń, płotów, smyczy, obroży-to była WOLNOŚĆ. Riko najpierw po prostu opadł na trawę, by troszkę odsapnąć, a potem pobiegł dalej. Trawa soczyście zielona. Ale nagle zachamował. Zostawić przyjaciół? Jedzenie? Zabawki?-No nie. Oj..Dobra.. Potem wrócę..-powiedział bez przekonania. Poszedł szukać jedzenia. To było jednak trudne-bo co może zjeść miejski piesek na łączce? Szczęśliwie udało mu się znaleźć niedojedzone frytki i nasycił się. Podszedł do jakiegoś opuszczonego domu, wszedł do środka i zasnął. Śnił mu się dom i przyjaciele… Miski karmy… płot z obruszoną deską… Zabawkach, ulubionym, ciężkim szarpaku.. Gdy się przebudził, zaczął żałować, że odszedł. Pewnie stawiają całe miasto na nogi, by go znaleźć.. Ale jeszcze nie wróci. Przygoda czeka. Westchnął i poszedł dalej. Ale już wcale nie miał tego entuzjazmu. Szedł, bo nie wiedział, czy warto wracać. Zastanawiał się, po co to robi. Po to, żeby coś odkryć?Żeby stracić dom? Raczej,żeby uciec od smyczy. Ale najlepiej było by z Artinem i Bartenem. Dlatego postanowił zawrócić. Dopiero wtedy zrozumiał, że nie wie, którędy iść. Zaczął węszyć, ale nic nie znalazł. Wtedy zobaczył jakieś panie. Podszedł do nich. One zawiozły wyczerpanego psa do schroniska. Tam było mnóstwo smyczy, klatek-tego, przed czym uciekał. Ale nie miał wyboru.
Riko niespokojnie patrzył na niedaleko stojącą rodzinę. Stawała przy różnych klatkach. Patrzyli na wielkiego mieszańca bernardyna i dobermana, szczenięta. Wreszcie spodobał im się on. Postanowili go wziąć. Riko zrezygnowany poszedł z nimi. Rodzina to byli rodzice, 11 letnia Aurelia, 6 letni Olek i 9 letnia Karolina. Najbardziej polubił Aurelię, bo go najlepiej rozumiała. Ale marzył o bliskich, których ZNAŁ.
-No, Chase, jedziemy na Dziki Zachód!- zawołał Olek.-Nie na Dziki Zachód-na ranczo, na zawsze!-zawołała radośnie Karolina.Riko podniósł nagle uszy. To temu wszędzie są walizy! Teraz wyjadą, a on nigdy nie odnajdzie przyjaciół!
Artin leżał, niby spokojnie, ale z oczu płynęły mu łzy. Nie wiedział, czemu stracił Rika-gdzie on odszedł?Wtem podszedł Barten. Też miał załzawione oczy.-Ty też tęsknisz?-Tak…co się stało z tym wariatem?! Nie ma go od miesiąca!-jęknął Artin. Ten pies pakował się w tarapaty, ale nigdy nie znikał dłużej niż na dwa dni! To zaniepokoiło obu. Artin zawsze był wesoły, prawie, ale nigdy nie płakał…
Riko stał na rozgrzanej ziemi, nie do końca wiedząc, jak dotarł na inny kontynent. Po locie kręciło mu się w głowie i dudniło w uszach. Był na ranczo w Ameryce- bydło, konie…to nie był świat miejskiego psa. Dlatego pies nie był chętny do przejścia się po ranczu. Bał się bydła, bo miało rogi i wydało się agresywne. -Chase, nie bój się…-powiedziała łagodnie Aurelia.-Nie jestem Chase, jestem Riko, pies domny, nie bezdomny!-zaszczekał.-Co to mi da, tak samo z Beatką, nie rozumiała…-westchnął.-Zaraz, Beata!Artin!Barten! Zostali w Polsce! Muszę tam wracać!-Artin!-zawył niespokojnie. Nie wiedział, co zrobić. On nie mógł wrócić tak sam.
Pewnego dnia Aurelia pisała list do koleżanki z Polski. Była wtedy smutna. Ale i szczęśliwa. Tęskniła, ale w liście opisywała, jak jej się tu żyje i wspominała zabawne wydarzenia sprzed lat. Riko-Chase patrzył na to z nieprzyjemnym uciskiem w brzuchu. To tylko przypomina o Polsce i przyjaciołach. Wtedy wyszedł. Spotkał bociana.-Co ty tu, powinieneś być w Afryce!-Pomyliłem drogę, w Polsce wiosna.. wracam..-Zaczekaj! Poleć tam do Giżycka. Na ulicę Dąbrowską. Zobaczysz tam Artina, aussie. Przekaż mu,że jestem w Ameryce.. Zaczekaj, napiszę!-i Riko poleciał. Przyniósł kartkę w zębach, a bocian poleciał, by ją dostarczyć.
-Klekle! To wiadomość od takiego śmiesznego malutkiego psiaczka dla ciebie,klek!-zaklekotał bocian, podając Artinowi wiadomość.On przeczytał ją, aż podskoczył.-On..pamięta…nie…jak..-powiedział, a z oczu płynęły łzy szczęścia. Barten przyleciał po chwili, bardzo uradowany. Obaj oddali listy dla bociana, a on je dostarczył. Już mieli kontakt.
Riko był już spokojniejszy, poinformował przyjaciół, co się dzieje. To dało mu poczucie, że ma znimi kontakt. A gdy dostał wiadomości od nich, omal nie wyszedł z siebie z radości. Ale musiał wrócić. Jak? Nie wiadomo. Mały piesek był zagubiony w wielkim świecie..
-Chase, choć pozaganiać stado! I-ja!-zawołała Aurelia z jej konia. Riko stanął.-C-co? Te potwory z kopytami i rogami??????????!!! Prędzej one mnie zagonią w kaktusy!-zajęczał i uciekł. -Taki pies na ranczo to zawada.-prychnęła Karolina i pogłaskała cielaka.-Wcale nie! Kupimy aussie, nazwiemy go Ranczer!-wrzasnął Olek.-Hej, Chase nie był na psa pasterskiego, tylko do towarzystwa!-zwróciła uwagę Aurelia.-Ranczer!-pisnął Olek.-Stado, musi być zagonione!-marudziła Karolina. Zrobiła się wrzawa, więc Riko przezornie uciekł. Potem skulił się pod kanapą. Dlaczego nie lubią go? On tylko boi się tych potworów! A kto je lubi?
-Hauau!-zaszczekał nowy aussie. Nie wyglądał specjalnie przyjaźnie. Zmarszczył pysk i wyglądał..niebezpiecznie… Riko-Chase przezornie się cofnął.-J a tu rządzę-powiedział przerażony.-Tak? A ja jestem większy, co co nie?-Yyyytttaakkk,…-jęknął.-No, dobra. Załóżmy, że jesteś troszkę ważniejszy.-Yhy.-Ale masz pamiętać, że jesteśmy koledzy.-Nie! Przyszedłeś jak wróg, zmarszczony pysk!Warczenie!-krzyczał Riko.-Aleś strachliwy. Dobra, przepraszam.-Wwybaczam.-Riko wróciłą pewność.-Jak się nazywasz?-Dartmoor.-Jak koń!-Mniejsza o to, a ty jesteś Chase?-Riko.-To czemu wołają ci CHASE? -Długa smutna historia mojej głupoty..-szepnął Riko. I opowiedział wszystko.-Powinieneś wrócić.-Przyleciałem samolotem!-Mówiłeś, powtarzałeś setki razy.-ziewnął ostentacyjnie owczarek.Riko z udawaną złością wywrócił oczami. Tak naprawdę wcale nie czuł gniewu. Nowy pies w ciągu tych piętnastu minut znajomości zaczął wydawać się starym znajomym. Taki to był pies.
-Ej, Riko, wiem, że się boisz, ale trzeba zagonić stado!-szepnął Dartmoor.Riko jęknął. Było pięć po szóstej, jeszcze spał, a tu BACH! Dostał poduchą po łebku.-Sam zagoń, ja łapą nie ruszę..-wybełkotał.-Ty kocie, wyłaź z koszyka, bo jak nie, to siłą wyciągnę!- warknął niebezpiecznie pies. Riko tylko parsknął. Aussie więc rzucił go z koszyka na podłogę. Chcąc nie chcąc wyszedł. Na podwórku jednak postanowił się odgryźć za rzucenie o ziemię. Przestraszony zapędził sztukę bydła poza pastwisko, a pies pasterski próbował ją zagonić. Kiedy był już w zagrodzie, Riko ją zamknął.-Eej! Ty mały lisi psie!-warknął Dartmoor i pięknym susem przesadził ogrodzenie.-Daruj!-jęknął Riko.-Dobra, może przesadziłem z rzuceniem o podłogę, więc daruję.- Riko odetchnął.-Ale, skoro mogłeś zagonić tę sztukę, odtąd uczysz się ich pilnować.-dodał z uśmieszkiem.-Noooooooooooo nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!!!!!!!!!!!!!!!!!!!-wrzasnął Riko. Poleciał do domu jak strzała. Ale Dartmoor wziął go za kark jak szczenię, delikatnie, i zaniósł na pastwisko. Tam wciąż trzymał, ale delikatnie. Tak zawsze robił, kiedy miał nauczyć jakiegoś psa pasterstwa; zdarzyło mu się to parę razy.-Pu…szczaj..-jęczał wściekle Riko, ale owczarek nie zamierzał puścić. Pies musiał zrozumieć, że ze strony bydła NIC MU NIE GROZI. Po kilkunastu minutach opuścił Rika na ziemię. Ale ten po prostu usiadł. Nie wiadomo, czy ze strachu, czy chciał. Po chwili zaczął się uspokajać.-Kiedy te potwory atakują?-zapytał nagle niepewnie.-CO?!-ryknął ze śmiechem owczarek i padł na trawę. Tak się śmiał, że miał łzy w oczach.-No co? Ja nie chcę, żeby one mnie połknęły.. teraz się chyba najadły… uciekajmy, póki czas!-Mały, głupiutki piesku. TO KROWY. One jedzą TYLKO I WYŁĄCZNIE trawę, ewentualnie inną zieleninę.-Naprawdę? A nie mają nigdy malusiego apetytu na mięsko?-Skądże znowu??! One tylko zielenina, zielenina.Tyle.-Kiedyś piłem od krowy mleko, ale ona była uwiązana i jedna.-Żadna różnica.-mruknął pod nosem stojący obok owczarek.-Żadna?!Żadna?! Może jeszcze mi powiesz, że między kozą a koniem nie ma różnicy??!-Ojej, dobra, była różnica. Ale jesteś Dziwak.-Riko odwrócił się na pięcie i odszedł urażony wielce.
Riko nerwowo biegał po ranczo. Denerwował się, bo miał dziś nauczyć się zaganiać. Nie wiedział już, czy to fajnie, czy okropnie..-Choć, piesku miejski!-zawołał żartobliwie Dartmoor. Riko na drżących łapach, niemal skradając się podszedł.-Widzisz te zwiariowane cielaki?Zagoń.-rozkazał chłodnym tonem trenera Dartmoor.-No a może nie dziś?-Od razu widać, żeś nie pasterz. Norowiec, taak? No więc wiedz, że psy pasterskie nic nigdy nie odkładają.-No, więc wiedz, że psy myśliwskie nigdy też nic nie odkładają i mają węch na medal-powiedział z zadartym demonstracyjnie łbem Riko.-Kto tu kogo uczy:ty czy ja?-Może ja?-Nie!!!!!!!!!Ty masz zostać psem pasterskim.-Ale ja nie chcę.-Każdy pies ma obowiązek..-i tu Dartmoor urwał. Stwierdził, że psy NIE MAJĄ OBOWIĄZKU uczenia się pasterstwa, więc po prostu mruknął-Psy na ranczu powinny umieć zaganiać.-A ja nie jestem zaganiacz-jestem n o r o w i e c! Nie muszę. Jej! Jeśli mam mieć cię za przyjaciela.. nie zastąpisz tych z Polski!-i łzy stanęły mu w gardle. Uciekł w kąt i zaczął płakać z tęsknoty i żalu. Miał przyjaciół, prawdziwych przyjaciół, nie wymagali nic, tylko przyjaźni. Zaczął zastanawiać się, kiedy wróci. -Już rok minął-zapłakał. Pociągnął nosem i spróbował się opanować. Ale nie mógł zapomnieć o niczym. Wciąż łzy mu leciały z oczu. Zaczął zamartwiać się, że już nie zobaczy kolegów. A jeśli ma ich zobaczyć to musi mieć świetny plan. Jak mógłby przedostać się nad oceanami? Samolotem? Nie wiadomo, jak to pójdzie. Jak przedostać się tam? Jak bezpański pies? Przecież lata się z ludźmi. A nikt go nie weźmie i nie da mu biletu. Nie ma szans. Nagle drzwi skrzypnęły. Zachrobotały pazury większego psa. Riko pospiesznie zaczął ocierać łzy, ale inny pies to widział. Nie miał jednak tej zwykłej sobie, pobłażliwej miny. Wyglądał, jakby… był zmartwiony, ale to ukrywał. Riko znowu pociągnął nosem, żeby ukryć zdziwienie.-Przesadziłem?-zapytał cicho i łagodnie Dartmoor.-Nie…-westchnął Riko.-Ale chcę wrócić-muszę. Muszę być..z nimi. Jestem ich przyjacielem.. Rozumiesz…
Po lotnisku przesuwały się dwie torby. Wskoczyły do ładowni, po czym… zostały strząśnięte przez dwa duże psy.-Jak tam, Artin?-zapytał Barten. -Lecimy do Ameryki, na ranczo. Tak nam podpowiadał tamten rozszczekany beagle. Niby zwykły jack russel ten nasz Riko, ale na szczęście jest znak rozpoznawczy- brązowa skarpetka na przedniej łapce. On od razu to zauważył.-mruknął Artin.-Szczęściarz ten Riko.-Może kup sobie jakąś farbę i pomaluj łeb na niebiesko? Zwrócisz na ciebie uwagę, wszyscy powiedzą ,,Ach, jaki szczęściarz, jak tylko skręci nie tam, zaraz wszyscy polecą za niebieskogłowym psem!”-Przestań, bo ja ci łeb pomaluję.-Tylko rozum, że Riko swojej skarpetki nie lubi.-A czemu?-Bo mówi, że jest głupia.-Ojej-zmartwił się Barten. -Łoj.. Lecimy!-zawołał Barten.-Hura, auuuu!-zawył Artin.
I TU ZACZEKAJCIE, BO GARNFI WRACA PO WSPANIAŁYM KOMENTARZU WSPANIAŁEGO UŻYTKOWNIKA.
-Witaj, Garnfi-Trampie..-powiedziała Nadala. Nie zrobiła tego jak zwykle jednak, z otwartymi szeroko oczami, machającym ogonem i filuternym błyskiem. Dziś do ukochanego podeszła złamana.-Nadala,co się dzieje?-zapytał Garnfi, zmuszając ogon do zatrzymania (to byłotrudne, pamiętacie jego siłę ze schroniska?).-Muszę ci coś wreszcie powiedzieć..wyprowadzam się..-pisnęła pudliczka głosikiem przesiąkniętym łzami.-To mój ostatni dzień…-Spędzimy go razem.- szepnął Garnfi. I poszli na miasto. Psy wskoczyły na auto. Jechali, aż wreszcie zobaczyli brzeg rzeki. Tam zeskoczyli i poszli piękną drogą wśrod drzew, które oddzielały od głośnego miasta. Ale kiedy droga się skończyła, pobiegli pod sklep.-Po co?-zdziwiła się pudlica.-Zobaczysz… mam praktykę w minie śmiertelnie zagłodzonego.-powiedział swoim ,,lisim tonem” Garnfi. Wciągnął brzuch, zrobił maślane oczy i zaczął skamleć. Nadala zatkała pysk łapą i uciekła za sklep gdzie wybuchła nieopanowanym śmiechem. Nagle podszedł jakiś starszy pan.-Ojej, biedaku, jesteś chyba głodny..-Tak, nie jadłem sto dwadzieścia dziewięć dni..no dobra, niech ci będzie, trzy.-skamlał chytry pies. Zyskał rogala i kawałek serdelka. Kiedy ów przechodzień wsiadł do samochochodu, żebra Garnfiego nagle przestały być widoczne, a pies się śmiał.-Nadala, choć, mam żarcia!-zawołał Garnfi.-Ukradłeś?-spytała podejrzliwie.-Nie bardzo..-A co to znaczy nie bardzo?-To, że udawałem głodnego, znaczy ie udawałem, bo umieram po tych 3 godzinach bez jedzenia, ale wyolbrzymiłem to i taki nieobeznany gość uwierzył i mi to dał.-wyjaśnił pies.-Ok.. to jemy.-i po chwili nic nie zostało.-Mmmm, pyszne było..-westchnęła Nadala. Potem długo tułali się po mieście. Wreszcie, gdy wrócili na ulicę swoją, usłyszeli:-Naaaadaaaaaaaaaaaaaallllllllllllllllllaaaaaaaa!-Pa, Tramp, kocham cię, kocham!-pisnęła, polizała go szybko i pobiegła.-Nie…-jęknął Tramp. Jednak onqa odjechała. Po chwili mimo wszystko uśmiechnął się i postanowił, że kiedyś ją odwiedzi.-Ty durniu, nie masz jej lokalizacji!-krzyknął do siebie po chwili.-Co jest?-zapytał Arti odwracając się od Gramara.-Nie interesuj się, mały.-powiedział ciężko Garnfi i zaczął odchodzić. Ale zwinny foksterrier skoczył i zagrodził mu drogę. Wtedy Garnfi zmienił kierunek ale znowu to samo. Za 6 razem wreszcie powiedział:-Idź lepiej i poplotkuj z tym rasowym, co ma język mieszańca.-Ej, nie bądź taki, traktujesz mnie jak dzieciaka!-To się odczep, dzieciaku.-Nie DZIECIAKU!-zawołał tonem Karmazynowego Mściciela w akcji Arti i z dzikim ,,rykiem”(warknięciem) skoczył na kolegę.-Przestań!-szczeknął Tramp i zaczął zrzucać silnego psa. Nie było to łatwe, byli niemal równi, a Arti te kilka kilo i centymetrów nadrabiał siłą i zwinnością ( i upartością). W końcu zrzucił go i uciekł.-Heeeeej, nie miej tajemnic!-piszczał jak szczeniak Arti ścigając go. Garnfi po dawnym domu był zręczny i niezależny, więc z gracją kota wskoczył na szafę. Arti prawie płakał z oburzenia i ciekawości, ale go nie znalazł.-Uf, ten dzieciak maruda..-mruknął. Zszedł z szafy i uciekł na 3 dni. Z żalu i tęsknoty, nic nie mówiąc.
-Jest, wróciłeś!-skakał Arti gdy wrócił Garnfi. Garnf odetchnął ciężko i zaproponował szarpak. -Wygraaałem!-zapiszczał Arti.-Dobra,szczeniak, ale nie jesteś lepszy.-ziewnął Garnfi i wskoczył na parapet.-A skąd ty jesteś taki..koci?-zapytał Arti.-A, taki zawsze byłem.-powiedział Garnfi.-Jasne.-prychnął Arti i poszedł przeszukać miskę i szafki żeby zjeść jakiś zagubiony krokiet karmy. A Garnfi jeszcze raz spojrzał na dom pudla, który mieszkał tu tę ,,chwilę”, te dwa lata..-Ej, Garnfi, jedziemy nad jezioro!-Weź się uspokój i nie trzaskaj tak pyskiem..NAD JEZIORO?!-zerwał się Garnfi.-Nad jezioro!-potwierdził Arti, próbując włożyć każdą zabawkę do pyska.-I tak nie zmieścisz, choć lepiej zabrać frisbee!Albo pilnować, czy biorą ważne rzeczy!-zawył Garnfi, znowu będący sobą. Tym wymądrzalskim, rozważnym lisem. Lisem psem.-Następnym razem powiedz mu, że za pięć minut karma. -podsunął Artiemu Gramar.
-Arti, chodź.-powiedział o północy Garnfi.-Gdzie?-do pokoju. Ty mnie śledzisz.-kiedy pies już był u siebie, Garnfi wyskoczył oknem i pognał na miasto.-No, no, teraz dopiero się zacznie..-powiedział pod nosem i zaczął węszyć, szukając woni kotów lub pizzy. Po chwili odnalazł jakiś kubełek frytek, pusty. Obok był kot, który go wąchał.-Głupi, tu nie ma jedzenia!-zawołał i zaczął go gonić. Ale kot ziewnął i go zignorował. Garnfi stanął jak wryty. Kot prychnął lekceważąco i zaczął myć sierść.-Pfy.- powiedział zmieszany terrier i poszedł gdzie indziej. Przechodził przez przejścia dla jeży, skakał po samochodach.. Wtem stanął przed kilkoma rurami i wszedł do środka.-Hej, cześć Buzz!-zaszczekał do ogromnego mieszańca.-Hej.-odpowiedział ponurym tonem olbrzym.-Chodź, musze ci coś pokazać.-i poszli.-Łooo!-zaszczekał Garnfi. Zobaczył wielkie… wysypisko..-Ale super, nie?-zaszczekał Buzz.-Tak! I może jest coś niecoś żarcia!-A co ty tak o żarciu? Wcale nie wyglądasz na obżartucha.-A nie wiem, moja pasja.-Słabość.-Pasja.-Słabość!-Okej, mów co chcesz. Słabość to jak jesteś gruby, a ja jestem taki.. szczupły..-Oj tam, szczuplutki. Zrobiłeś się grubszy. Już nie jesteś tara z żebrami.-To dobrze!-obruszył się Garnfi.-No nie wiem. Masz wielki brzuch..-JAK TO?!-przestraszył się pies i szybko sprawdził brzuch.-Osz ty, wcale nie, żebra czuć…-warknął.-He,he, skoro tak martwisz się o wagę to pewnie się nażerasz..-Nie…-Dobra. A teraz penetrujemy wysypicho, bo nowe.-Tak.-i pobiegli sprawdzić, czy nic tam nie ma ,,groźnego” czy ,,ciekawego i troche dziwnego”. Były resztki, puszki. Akcesoria dla zwierząt.-Dobra, idziemy, takie jedzenie nie godzi się dla prawdziwego psa.-zawył Buzz.-Taak. Nuda, nuda, nuda.
-Wstawaj Garnfi!-Przestań..zasnąłem o 2:33!-Skąd ta dokładność?-Mam jakiś zegar w środku..Idź..-O, dobra, pożegnaj się z puszką mokrej karmy…-Oj…dobra…daj 5 min i nie tknij mojej karmy…-Czyli zawze będę go budzić ,,Kaaarmma!”-zachichotał Arti przy misce. Zjadł swoją…a Garnfi.. spał…-Zmarnuje żarcie..-powiedział i zjadł kilka kęsów. I jeszcze kilka..-Prawie pół michy!-krzyknął i uciekł. Ale szczęśliwie Garnfi z zaspania nic nie zauważył.
-Hej, psiaki, idziemy na trymowanie!-zawołała pani.-Zapomnij, że będę stał jak kij te godziny!-zawarczał Garnfi.-A ja myślałem że pół.-prychnął Arti.-Ach, ja biedny, unieruchomiony!-lamentował Garnfi.-No weź.-prychnął znowu Arti. Ale musieli jechać…-Ej, ja nie chce!-warknął na stole Tramp na groomerkę.-Spokojnie..-powiedziała. Ale pies uśmiechnął się drwiąco i uciekł!-Tramp!-i zaczęła się gonitwa.-Arti, korzystaj!-zaszczekał z poczekalni. Arti potłukł wszystkie obrzydliwe perfumy i powyrzucał do śmieci golarki.-Zrobione.-sapnął i poodpinał wszystkie przypięte do strzyżenia psy. Potem pospuszczał wodę z wanien.-Dobra już!-To ja..wybiję okno!-zaproponował Tramp i wyskoczył(Nie, nie wybił szyby). A Tramp uciekł do domu. Panie zaprzestały gonitwy i zaczęli wszyscy sprzątać i ogarniać gabinet po demolowaniu przez pewnego foksterriera… Jednak mama Oli dzięki uprzejości fryzjerki nie musiała nic opłacać. Arti przeszedł trymowanie i pojechali do domu, gdzie leżał wyciągnięty na kanapie, mrugając okiem do kolegi, co miało znaczyć ,,I co, wiedziałem, że ujdę od wizyty!”-Oj, ten pies to najtrudniejszy na świecie zwierzak.-westchnęła Ola.-Ja? Co, taki posłuszny piesek?-pisnął Garnfi płaczliwie.-Oj, dobra, nic się nie stało…-Zawsze nic.-zaśmiał się pies, nadstawiając uszy do drapania.-Uszło ci, szczęściarzu…-mruknął cicho Arti.-Bądź..sprytny.-powiedział pobłażliwie starszy pies.-Ta, jasne…-westchnął Arti.-No, a co, nie opłaca się?-Może tak a może nie..-A tam.
Garnfi obwąchał nieufnie nowe smycze i smaczki. Pachniały niebezpiecznie-DYSCYPLINĄ. I tresurą. I udawaną zabawą.-Co, pieski, fajne?-spytała Ola.-Nie. To jest urządzenie do bicia, a to do przekupstwa. Nie wiesz?-zaszczekał Garnfi, wskazując łbem na smycz i smaczki.-Fajne, co?-zapytała Ola.-No dziewczyno, ja mówię, że nie…a zresztą.-warknął Garnfi i wyszedł.-Arti, zobacz, nowa linka do treningów!-zawołała znowu dziewczynka.-Ttreningów? A muszę?-zajęczał Arti.-Nie możesz uciec przed biciem, karami..- groził Tramp.-Mmmy, mmmy…- zapiszczał przerażony Arti.-To ja lecę ratować się, a ty, mały, zostań i czekaj. Na co? Na nic dobrego…