Aurelia ma 11 lat i rude, długie włosy. Lubi zwierzęta. Marzy o psie. Dostanie więc go po wakacjach. Tyle lat na niego czeka! Umie dobrze porozumieć się ze zwierzętami. Jeździ konno, chce zostać weterynarzem.

Tego dnia Aurelia miała pojechać na Bercie. Berta była 18 letnią karą huculską klaczą, grubą i powolną. Aurelia niezbyt ją lubiła, bo była wolna i uparta. Chociaż po jakimś czasie znalazły wspólny język. Mimo wszystko najbardziej lubiła Picolo- najmniejszego konia w stajni, kasztanoworudego. Miał czarną grzywę i ogon, długą sierść i.. jedno oko. Niektórych obrzydzał, innych zachwycał. Był dosyć trudnym koniem, ale gdy okazało się cierpliwość i stanowczość był NAJLEPSZY. Inne konie również były cudowne: Tobiaszek, konik polski, który miał nieco za duży brzuszek, ulubieniec Aurelii po Pikolu. Radziła sobie na nim świetnie, bo nie pozwalała na ustępstwa, więc polubili się, tak jak wiele innych. Nowinka- pół konik polski, nieustępliwa, wredna, testująca jeźdźca. Była trudna i niewiele osób potrafiło do niej trafić. Nawet Aurelia nie umiała. Gameta- stara, ślepnąca klacz, gniada, 15 lat. Była płochliwa, bo ledwo widziała. Gotika- córka Gamety, 6 lat, rzadko jeździ. Karmel- wałach arabski, wściekle gryzący przy siodłaniu, niski, sprytny. To tylko część pokaźnej stajni Aurelii, do której jeździ na lekcje.-No dobra, jedziemy.-powiedziała do Berty, przyłożyła łydkę i ruszyła żółwim stępem. To było właśnie denerwujące w tej łagodnej klaczy. Cmokanie, łydka, palcat-nie pomogło. Ale ciężko było się poddać. Aurelia wypchnęła biodrem, przyłożyła palcat i ścisnęła łydką w jednej sekundzie. Berta jęknęła i ruszyła kłusem-powolnym, trzęsącym, niepewnym. Trzeba było co chwilę poganiać batem w czasie anglezowania. I tak ledwo szła, była na granicy do stępa. Po chwili stwierdziła, że dalej nie pojedzie. ,, Jeśli nie zjem i nie stanę, padnę z wyczerpania”-wyraziłą oczami.-O, nie, 2-3 minuty jeszcze kłus a potem stępujemy.-powiedziała stanowczo Aurelia. Ścisnęła łydką. Berta spuściła głowę do ziemi i pokłusowała.-Dobra klacz.

-Auuu, wrrrrrr, hau, hau!-szczekał pies na łańcuchu.- Spokojnie. Nic nie robię..-mówiła spokojnie.-Myyymyy-zaskamlał Fawuś.-Już, piesku. Wszystko dobrze.-Mmm..-Aurelia usiadła tyłem i ziewnęła. Raz, drugi trzeci-pies spokojniejszy, stanął.-No dobra… dzięki.-mruknął.-Nie mogę odpiąć łańcucha, ale mogę tu być.-To bądź.-Dobra, zostaję.

Tego dnia Aurelia zauważyła coś. Bodzio i Gotika byli jacyś zasmuceni. A Gotika mówiła:-Ten durny Kajmak.. nowy, a ustawia i..aaał.. to boli.-Bodzio stał cicho, ale on też cierpiał. Aurelia dotknęła delikatnie jego kopyt.-Bodziuś, są nieco cieplejsze…-westchnęła. Wyjęła jeżyki by go pomasować i nieco rozluźnić. Bodzio od razu zaczął się rozluźniać.-Chyba zasnę…-powiedział. I prawie zasnął. Ale oto Aurelia zmieniła piłkę na większą! Po chwili znowu prawie przysnął, ale dziewczynka chwilę wymasowała Gotikę i poszła na jazdę.-Pa, życzę zdrowia-powiedziała i pobiegła do Nowinki. Bodzio westchnął i spuścił głowę aż do ziemi.

Aurelia wyszłą na podwórko z kocimi kabanosami w kieszeni. Po paru godzinach negocjacji z młodszą siostrą kupiła je za parę złotych. Połąmała i rozsypała wśród drzew. Tak miało się zacząć udomawianie dzikich kotów dachowców z okolicy. Zostały jeszcze trzy kabanosy.-Kupie jeszcze jak będziemy w supermarkecie.-pomyślała i poszłą by uszydełkować obróżki dla kotów.

Tego poranka Aurelia wstała wcześnie.. Wyjrzała przez okno, a tam.. kot zajada smaczki!-Hura! Jedz, to przywykniesz do tego miejsca.-zawołała. Kot nie usłyszał, ale pożarł wszystko, obwąchał i poszedł. Ale teraz następne dni będzie wracał.. Zwierzęta szybko się uczą, gdzie jest bezpiecznie, gdzie jest jedzenie.

Aurelia zobaczyła Arię. Wspinała sie po małym domku z cegieł. Ale spadła… i odeszła z bolącą dumą. Po kociemu, z obrażonym spojrzeniem i miną króla. Ciężko było się ie roześmiać, bo koty zawsze mają takie miny i zachowania, jakby były z jakiegoś śmiesznego filmu z przesadzonymi reakcjami.

,,Pomóż schronisku”- napisała starannie Aurelia na kartce. Poukładała na niej zdjęcia psów i je przykleiła. W zeszłym roku też była ta akcja z plakatami. Były w Białymstoku, Giżycku, Szczuczynie, nie wiadomo gdzie jeszcze. Przeróżnych miastach. Ale ona marzyła, by sama mogła inaczej pomóc schronisku. Nie tylko porozwieszać plakaty, tylko tam być, z psami. To było jej marzenie. Wzięłaby swoje piłki do masażu, jakiś smaczek i oswajała jakiegoś psa. Albo go wyprowadzała, zajmowała się…

Dziś Aurelia robiła kolejne plakaty, zastanawiając się, gdzie je powiesić.-Może na latarniach na ulicy naszej? I w szkole.. i jeszcze na tablicy informacyjnej w centrum miasta!-mówiła. Chciała, by plakaty na coś się zdały. Nie można było ich wieszać więc w mało widocznym miejscu. To musi być na widoku. Wtedy na pewno ktoś podejdzie, i może coś zrobi.. no, może weźmie psa, albo ofiaruje chociaż puszkę karmy.. Byle by pomógł, to będzie coś. Ona marzyła, by pomóc schronisku inaczej. Wyobrażała sobie, jak psy przy niej milkną, jak patrzą, jak się nią bawią! Jakiś mały piesek by ciągle chciał z nią być, psy by ją lubiły..