Dzikie stado-tom 1. ZDRADA?

PROLOG

Hanna dosiadła Kłusonogiego. Wiatr rozwiewał i plątał jej długie, rude włosy. Sofia dosiadała Mięty, siwej klaczy rasy camargue. Nagle Kłusonogi stanął.-On nigdy tak nie reaguje. Nawet kiedy sarna wyskoczy, ledwo parsknie nerwowo.-Stwierdziła Sofia, widząc, jak koń odskakuje, a jego amazonka spada na ziemię i podnosi się.-Masz rację. Ale co powoduje jego zachowanie?-zapytała, a jej wierzchowiec stanął dęba.-Chyba nie ten piesek.-parsknęła Sofia, wskazując na małego, wyraźnie bezdomnego sznaucerka, który kulił się wśród wrzosów.-Pewnie nie, chociaż przysięgłabym, że planuje coś, albo że jest na misji.-Ty to zawsze patrzysz na zwierzęta tak, jakby były ludziowe.-No dobra, może nie, ale on tak wygląda.-broniła się Hanna. Kłusonogi nagle zerwał się, podbiegając do małego pieska. Trzasnął kopytami milimetry od jego łap, a zwierzak uciekł, choć wyglądał… jak pies, który szpieguje. Ale teraz znów zyskał zwykły wygląd przestraszonego i starmoszonego psa. Uciekł.-Wydaje mi się, że ktoś na niego czeka.-wyszeptała Hanna, przystawiając bliżej ucho konia. Zamierzała to odkryć-może za miesiąc, rok, lata, lub dwa dni.. A pies rzeczywiście był oczekiwany, ale zupełnie inaczej niż większość psów, których się oczekuje…

Rozdział 1

Ari, wilczur z domieszką jakiegoś mastiffa, wskoczyła na powalone drzewo i wciągnęła powietrze, węsząc zapamiętale. Psy, które nie mają swojego człowieka, dzielą się na psy zdziczałe oraz psy porzucone. Psy porzucone czasami mają obrożę, ale nie jest to często. Natomiast psy zdziczałe nie znają tego pasa, który oplata szyję, który zatrzymuje wolność. Pies zeskoczył i zaszczekał. W chwilę potem podbiegł mały czarny sznaucer oraz pies w typie rodezjana.-Czego, nie masz niczego lepszego do roboty niż wołanie nas co pięć minut?-zawarczał pies w typie rodezjana, Strzała.-Nie. Widzę, że człowiek się zbliża. I pachnie złem. I zimną obręczą na tyczce.-powiedział Ari, cofając się. Trzy psy, jakoś zbite w gromadę, uciekły. Nie wiadomo, czemu zaczęły współdziałać. Zapewne zaczęły się nieświadomie wspierać. No cóż, ale wiele takich psich stadek funkcjonuje. Strzała kłapnął zębami, kuląc uszy.-Musimy uciekać!-warknął, zachowując pozory spokoju. Najmniejszy z psów, sznaucer o imieniu Urlik, zaczął kręcić się niespokojnie.-Jest nas trzech. I mamy kły. Umiemy przerazić człowieka. Czemu nie walczymy?-zapytał zdziwiony.-Oczywiście dlatego, że z Zimną Obręczą przegra każdy. Musimy wiać.-rzucił Ari i zaczął galopem pokonywać wzniesienia. Dwójka ludzi ruszyła za nimi, krzycząc. Strzała popędził za ich ,,dowódcą”. Urlik natomiast warknął na ludzi. Wtedy poczuł zacisk na szyi, odwieczny wróg psów z lasu zacisnął mu się na szyi, złapali go hycle…

*****************************************************

Wkrótce stado się powiększyło. Doszedł do niego Grom, chart polski, Zorza, pół-pies, pół-wilk, Błyskawica, beagielkia, Kurkuma, dobermanka czekoladowa, i kilka innych. Ale kiedy trafił do nich Nagły Błysk, beauceron, olbrzym, od razu zrespektował resztę. Ari nie śmiał mu się sprzeciwić, choć umiał stawić czoło nawet dogowatym. Nagły Błysk był ostry, miał basowy szczek i sam był silny, odporny. Bywał agresywny. Ari podszedł do niego.-Zwróć mi władzę nad sforą-zawarczał, gdy po kilku dniach zrozumiał taktykę Błyska.-Nigdy-odparł basowy głos.-Chyba że mnie pokonasz.-powiedział, jeżąc sierść na karku. Ari powoli podszedł naprzód.-On się nie wycofał!-zawołała Zorza, kładąc uszy. Nagły Błysk rzucił się na psa. Złapał go za kark. Ari wyślizgnął się z uścisku szczęk, łapiąc przeciwnika za ogon. Po kilku minutach beauceron powalił przeciwnika. Szczerzył zęby. Ari wiedział, że jeśli czegoś nie zrobi, pies nie daruje mu i zginie. Odsłonił gardło. Nagły odsunął się, mrucząc coś pod nosem. A herszt udając brak bólu odszedł do nory, gdzie padł wyczerpany. Tymczasem Szalony, west highland white terrier, miał pójść na zwiady. Sunąc wśród wrzosów i zeschłych traw, zauważył, że z daleka idzie pies. Zmierza w kierunku ich stada. Położył uszy i pobiegł do herszta.-Zbliża się obcy pies.-poinformował. Właśnie wtedy zza krzaka wyjrzał średniej wielkości pies, ze złotobiszkoptową sierścią, stojącymi uszami i średniej długości sierścią. Wyglądał na coś w typie szpica fińskiego, tyle że mocniejszej postury i ważący więcej. Był szczupły, uwydatnione żebra wykazywały, że od dawna nie zaspokoił do końca głodu.-Kim jesteś?-zawarczała Zorza, kładąc uszy.-Psem.-odparł cienkim głosem tamten.-To widać!-szczeknęła ze wściekłością Zorza.-Cicho bądź.-warknął Strzała.-Jestem w takim razie psem, o imieniu Fiona i chcę do was dołączyć.-oznajmił pies, podchodząc po łuku. Błysk obwąchał go. I wtedy.. zastygł.-Jesteś ludzi. Masz obrożę.-powiedział, szczerząc kły.-Ale ja zostałam porzucona!-pisnęła suczka. Wtedy wyszedł terrier Tes.-Ja też miałem obrożę, ale ją straciłem.-oznajmił.-I możemy sobie założyć stado psów które znają człowieka.-Przyjmę was, ale pod warunkiem, że nas nie zdradzicie.-zadecydował Nagły Błysk.

Rozdział 2

Riko wyjrzał przez okno. Był młodym, 3 letnim psem. Kiedy miał 4-6 miesięcy, ze schroniska zabrała go Sara. Sara miała 23 lata i jeździła do jakichś głupich koni. W każdym razie Riko uważał, że są złe, bo pani go opuszcza. A jeśli kiedyś jakiegoś przywiezie, i zajmie mu kanapę, a co ważniejsze, ukradnie panią? Czekał teraz wyglądając przez okno, bo kiedy tylko miała wolne, mówiła ,,Papa, Rik, wrócę za trzy godzinki!”, głaskała, przytulała i wychodziła.-A co ja teraz zrobię? Jak ją odnajdę? Jak przeżyję?-pytał siebie pies, kręcąc się w kółko.-Pogryźć kanapę? Wybić szybę? Przekopać się? Rozwalić coś?-pytał siebie, kontynuując rozmowę z nikim. Wreszcie wskoczył na kanapę. Potem wszedł na piętro, gapiąc się na auta i ulice. Nagle przewrócił się, bo zza szafki wyszedł kot. Większy minimalnie. Najeżony na karku. Z niezadowolono-obojętnym wyrazem i skrzywionym pyskiem.-Co się gapisz, kota nie widziałeś?-zapytała kotka.-Nie bardzo. Znaczy trochę. Znaczy nie w moim mieszkaniu.-tłumaczył pies.-To teraz widzisz.-ucięła kotka.-EJ, czekaj! A może… pobawimy sie? Albo ze mną pogadasz?-zapytał pies z nadzieją.-Ta, jasne. Kot z psem-ty nie wiesz, że to jest afera?-zapytała sarkastycznie. Zbliżyła się do barierek na balkonie.-Nie, zostań tu, zabijesz się, ZABIJESZ SIĘ, STÓJ!-wrzeszczał Riko, ślizgając się na terakocie na balkonie. Kotka wskoczyła na najwyższą barierkę, a jack russel terrier poczuł, że robi mu się słabo. Nienawidził takich momentów, w których nie kontrolował sytuacji. A kotka zeskoczyła..-NIEEEE!-zapiszczał Riko. Ale ona siedziała na dachu.-Żyjesz? Nic ci nie jest?-zapytał pies, drżąc.-Nie. Bo jestem kotem.-powiedziała kotka z dumą. Walnęła liść łapą i uciekła.-Czekaj, stop, proszę!-zaskamlał Riko.-A ja jestem psem… czyli tak nie mogę?-zastanawiła się. I wtedy wpadł na pomysł. W łazience wypadła kratka wentylacyjna. Może da radę się tamtędy dostać do Sary albo chociaż kota czy psa. Wspiął się na pralkę i wskoczył do dziury. Było ciemno, pełno kurzu i pajęczyn. Wzdrygnął się, po czym ruszył. Nagłe zabrakło mu gruntu pod łapami i zjechał w dół, piszcząc. Trafił do miejsca, gdzie było pełno wyjść. Pierwsze, które spróbował, okazało się katastrofą-buldog oglądający telewizję podbiegł szczekając. Drugie mieszkanie było z 10 syczącymi kotami, trzecie z małym chihuahua, który uważał się za króla. Wreszcie trafił do mieszkania na pierwszym piętrze. Otwarte okno. Kanapa. Muzyka. Wyglądało okej.-Teraz skaczę, albo nie jestem jack russel terrierem!-zawołał. Już widział inne psy.-Nie. W sumie.. to za wysoko.-ale został na parapecie.-SAAAARA NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAAPRAWDĘ NAAAAAAAAAAPRAWDĘ NAAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NA SERIO NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAAAAPRAWDĘ NANANANAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NAAAAAPRAWDĘ ZA TOBĄ TĘSKNIE I NAPRAWDĘ NAPRAWDE NAPRAWDĘ NAPRAWDĘ NIENAWIDZĘ KONI!-zawył przez okno, licząc, że go słychać.-Dużo tego naprawdę.-usłyszał głos.-Sara to twój człowiek?-Aj!-pisnął pies i spadł z parapetu. Przed nim stała mała biała suczka bichon frise. Jedna rzecz była w niej fajna: była mniejsza. Czyli on nie był aż taki mały jak twierdził Afgan, wredny chart.-Mój człowiek? To najlepszy najlepszy człowiek na świecie.-powiedział pies, ugniatając kanapę.-Nazywam się Sammy. A ty?-zapytała suczka.-Riko.-odpowiedział pies, kładąc się na kanapie.-Trafiłeś tu przez okno, czy przez wentylację?-Wentylację. Bo do mojego somu wszedł taki obojętny kot. Abisyński i okropny.-A, pewnie Mruczka. ONA JEST FAJNA! Ale nie okazuje tego zawsze. Ale jest miła. I mi oddała swoją zabawkę myszkę. Bo miała dwie, a ona baaardzo lubi zabawę myszkami, bardziej niż gonitwa za laserem.-powiedziała promieniejąc Sammy, a jej mały, puchaty ogonek zaczął machać się na wszystkie strony.-Okej…-odparł Riko, próbujac przyswoić obie nowe informacje o kocie.-A pokazać ci miasto? I dzielnicę?-DZIELNICĘ?-zdziwił się Riko.-Dzielnicę. Wilany. A wiesz, że moja pani się wyprowadza? Do Ameryki. Razem z koleżanką.-powiedziała z dumą psinka.-A jaką koleżanką?-zaciekawił sie jack russel terrier.-Sarą Nawrocką.-odparła Sammy, a Riko zrobił się biały bardziej niż zwykle.-Coś nie tak?-zaniepokoiła się suczka.-To moja pani!-wybuchnął Riko.-Ale w Ameryce jest fajnie! I to może być Teksas, Nowy Jork, Brooklyn, Arizona albo Oregon!-zapiszczała Sammy.-Tym gorzej.-powiedzial Riko.-I będzie tam duużo aut i dużo psów!-dodała z nadzieja.-Gorzej.-I psie parki.-Gorzej.-I miły weterynarz.-NIEEE!-I samolot.-Nie! -I.. fajnie.-Nie.-Riko, nie bądź pesymistą!-zapiszczała suczka.-Nie umiem inaczej.-Odparł jack russel terrier. Położył uszy. Sara z nim rozmawiała. Czemu nie mówiła wcześniej?-SAMMY, CZEKAJ.-powiedział nagle, jakby coś sobie przypomniał.-Tam jest Kanada?-Tak, a co?-zdziwiła się bichon frise. Riko się przewrócił.-Nie. Nie. Tttttttylko nie kanada.-zapiszczał.-A czemu? Tam jest śnieg, wilki, syrop klonowy!-zaprotestowała biała suczka.-Fanko Ameryki, ale tam jest też s…-urwał.-Co?-zapytała.-Nic takiego.-powiedział szybko Riko.-Powiedz. Błagam. Błagam.-Nie… znamy się godzinę. To za mało.-To idealnie.-stwierdziła suczka.-O NIE! SARA ZARAZ WRACA! -przypomniał sobie Riko. Pobiegł do wentylacji po krótkim:-Pa!-i wskoczył do mieszkania, udając, że on tylko siedział przy lodówce.-Sara, wreszcie jesteś!-powiedział Riko, skacząc jej wokół nóg. Po krótkim przywitaniu ciekawie zajrzał za drzwi, bo coś tam miała. A ona.. miała PACZKĘ. Olbrzymią, pachnącą jak kuweta dla kotów. Ale gorsza, plus nowy karton.-Co to?-zapytał Riko.-O, patrz, nie pokazałam ci tego. Potem otworzę, dobrze?-zapytała. Riko obejrzał z nia film, ona dała mu dwa kółeczka cebulowe. Kiedy wyszła do kuchni jack russel próbował napisać do yorka Piotra, ale zamiast tego wszedł na facebook i napisał do Gienka:-Hej, przyjedź do mnie!-O nie, zaprosiłem tego wariata..-powiedział.-Ale nie odpowiedział, może się nie dowie.. może nie wie, że napisałem.-starał sie uspokoić, ale to nie było proste w TAKIEJ sytuacji.

Rozdział 3

Sara otworzyła taśmę, a jego oczom ukazała się walizka. Czarna, na kółkach, słowem: żałosna.-Rik, wyprowadzamy sie w przyszłym tygodniu. Do Ameryki, mam mieć tam wreszcie porządną, fajną pracę.-powiedziała. Zaczęła się pakować, a Riko nagle coś sobie przypomniał. To uczucie, gdy.. nie, nie może o tym myśleć. To jest jego sekret.. który.. który ukrywa przed samym sobą, jeśli ma być szczery. Położył delikatnie uszy i cicho szczeknął.-Spokojnie, jest okej.-powiedziała Sara.-OKEJ?! WYPROWADZAMY SIĘ DO AMERYKI I NAPISAŁEM DO JAKIEGOŚ SZAJBUSA GIENKA!-powiedział z paniką Riko.-Jesteś głodny?-zapytała Sara, a on zatrząsł się od środka.-Nie. nie. nie.-powiedział piesek, podskakując. Sara spakowała książki. Tablet. I coraz mniej było tu dobrych rzeczy.-Jeśli wyprowadzimy się do jakiegoś zapyziałego domku w Arizonie.. to ci nie daruję. Chociaż do Kanady też nie-piszczał. Ale miał się zdziwić..

*********************************************************************************************************

-Riko, jesteś, super! Jesteśmy w Kanadzie! Wiem, troche odludnie!-piszczała Sammy. Riko uśmiechnął się… I wtedy zobaczył las. Ten las, skąd… skąd trafił do schroniska.-Idziemy na spacer, Sar! Bierzmy psy?-zapytał głos Sofi, najlepszej koleżanki Sary, która mieszkała w tej samej klatce.-Jasne.-i poszli. Do lasu. Riko przywarował przy ziemi.-Co jest? Brakuje wiewiórek?-zaniepokoiła się Sammy. Gdy wszyscy patrzyli na oddalonego jelenia, on zobaczył coś po innej stronie. Ari. Z położonymi uszami.-Zdradziłeś nas.. zdrajca… wiem, że trzymasz to w sekrecie… ale nie na długo..-zasyczał, po czym zawył i znikł miedzy drzewami.-Czy to wilk?-zapytała Sammy.-Pewnie.-powiedział Riko, trzęsąc sie jak galaretka albo kisiel.-Wracajmy, błagam!-zapiszczała do Sofii suczka.-O, chyba są głodne.-GŁODNE?! WY NAS NIE ROZUMIECIE!-powiedział Riko. Wrócili jednak..-Riko, jedziemy do NOWEGO JORKU! I MOŻE DO ARIZONY! I MOŻĘ ZAMIESZKAMY W INNYM STANIE!-powiedziała suczka, skacząc.-O. nie.-powiedział Riko.-Ale jesteś pesymistyczny..-westchnęła Sammy.-Ale czy ty rozumiesz że mam lepsze podejście?-zapytal Riko, a bichonka rzuciła się na kanapę. Sara i Sofia spotkały się w parku.-Jutro wyjeżdżamy do Nowego Jorku!-piszczała Sammy, a jack russel podkradł kilka chipsów. Może nie było aż tak źle.

Rozdział 4

-Jejciu, to jest większe niż największe stado dogów!-powiedziała Sammy, poprawiając futro.-Ale jest też błoto. Nie boisz się pobrudzić futra?-zapytał Riko. Sammy popatrzyła na niego tak jak kot.-Słuchaj. Jeśli żyłam zawsze w Warszawie, mam piękne futerko pudla, ale mam więcej w głowie niż pudel, nie brudzę futra.-powiedziała.-?-Jeśli jesteś pewien, że na pewno coś się stanie, że się pobrudzisz, to się pewnie pobrudzisz.-powiedziała suczka, poprawiając uszy. Wreszcie dojechalu do olbrzymiego bloku 10 piętrowego.-O JA CIE-powiedział Riko, wydając się jeszcze mniejszy.-No!-powiedziała Sammy.-Ale nie optymistycznie-powiedział Riko.-Poznasz nowych kolegów! Długiego jamnika też, bo.. tu są modne! I psa zaprzęgowego! I chichuahua! I mastifa morskiego!-Nie ma mastifa morskiego.-westchnął Riko.-To jakiegoś dużego, albo małego kudłatego.-powiedziała biała suczka, wskakując do windy.-Sammy? A nie wolałabyś być czarna?-zapytał Riko nagle, gdy dojechali do połowy i jeszcze ich ciągnęło.-NIE!-Ale wtedy byś się tyle nie brudziła.-Ale białe jest ładne. Eleganckie. Stylowe.-powiedziała Sammy i wysiadła. I wtedy zobaczyli buldoga francuskiego.-O ja cie, uderzyłeś w ścianę?-zapytała zafascynowana Sammy.-Nie..?-odparł buldog, próbując przegryźć smycz.-A koty tu są?-pytała dalej.-Trzy, a bloku na przeciwko w mieszkaniu 12.-A jamniki?-Jeden.-Basset?-Jeden.-Sznaucer?-Zero.-O JAK FAJNIE!-piszczała Sammy, PRAWIE przegryzając smycz.-A ja uważam, że nie.-warknął Riko. buldog przestał podskakiwać.-Tu jest fajnie!-zawołał. Riko wywrócił oczami i wtedy zjawił sie kot. Buldog, który nazywał się Bono zamarł.-Pachniesz jak szampon.-powiedział kot z politowaniem.-A ty Wendy…. jesteś..-zaczął buldog i nie dokończył.-Nie pachnę jak szampon!-zaprotestował Riko.-My, koty, nie potrzebujemy szamponu.-powiedziała kotka.-Wendy, a inne koty to Drapka i.. Mruczysław, ale na pewno ich nie spotkacie, bo sa bezdomni.-Może i my mamy szampon, ale mamy też wierność. Koty mają wysokie mniemanie.-powiedział Riko, a Sammy zatkało z zachwytu.-To było mądre.-zapiszczała. Wtedy weszli obaj do swoich domów. Riko rozejrzał się. Kiedy Sara zaczęła szukać koni w okolicy, on wszedł do wentylacji. Wypadł z niej plackiem na ziemię, na jakiś miękki dywan. I wtedy zobaczył, że pies na niego patrzy. Trochę niższy. Trochę poważniejszy. Trochę gładszy. Basset.-Cześć.-powiedział Riko.-Czemu wpadasz przez wentylację?-To mój nowy sposób, żeby zwierzaki mogły się spotykac.-odparł Riko.-Aha. Ja jestem jamnikiem.-powiedział pies koloru kawy.-O.. super.-powiedział Riko.-Tu są szpice, wilczarze i wszelkie możliwe rasy. -powiedział pies.-A ja myślałem że jesteś basset.-powiedział Riko.-Jak się nazywasz?-Riko.-A ja nazywam się Freddy.-odparł jamnik. Riko obwąchał z ciekawością dywan.-Masz jakieś najwazniejsze zasady? hobby?-zapytał jamnik.-Sara. SARA. Tęsknota. WIERNOŚĆ.-powiedział Riko. -A ja mam swoje.-powiedział pies.-Po pierwsze: Nigdy nie rób poleceń na ślepo- zastanów się. po drugie: miska jest TWOJA.TRZECIE: NIGDY NIE BIEGAM ZA NICZYM.-odparł pies.-Za czymś-tak. tako-nie.-O, szkoda.-powiedział Riko.-Nieprawda. Mam na wszystko czas. Tylko z głową.-A pływasz?-Nie. kopie. leżę. ocieram się o dywan.-i zaczął trzeć o dywan. Nagle przewrócił się i padł jak zmiażdżony naleśnik.-Obaj padamy jak naleśniki.-podsumował i wstał.

Rozdział 5

Riko szedł po chodniku, mrucząc pod nosem na miejskie wiewiórki i wróble, kiedy nagle zobaczył..psa. ale nie zwykłego. nie wielkiego. Puszysty, sierść w kolorze kabanosa, mniejszy niż Sammy, skrzyżowanie miotły z wiewiórką. Pomeranian. Wygładził sierść na łapce.-Kim jesteś?-zapytał tonem, jakby zanł całe miasto i poszedł dalej. Riko tak ciągnął, że oplątał nogi Sary i urwał się ze smyczy. po chwili zorientował sie, że sie zgubił.-Nie. Co. Ja. zrobiłem.-jęknął, oglądając się.-Sara? SAMMY? SSSSSSSSARA?-i zaczął kręcić się w kółko, kiedy.. coś złapało go za obrożę.Odwrócł się. Nie było człowieka. Kto to? Nie było zapachu kota. Ani psa. Ani tym bardziej zimnej obręczy. Wtedy poczuł, że przednie łapy nie dotykają ziemi. Tylne natomiast dotykają pazurami.-ZOSTAW MNIE!-zapiszczał Riko, choć nie wiedział, do kogo. Spojrzał w góre. Liście.-DRZEWO MNIE ZŁAPAŁO! RATUNKU!-krzyknął. Drzewo złamało się-a przynajmniej tak myślał Riko, bo spadł. za obrożą miał pół gałęzi. Nieszczęśliwie spadła mu z szyi.-I ja mam ją zostawić?-zastanawiał się. Wreszcie odłożył obrożę i pognał dalej, mijając wszelkie psy i ludzi. Dwa razy prawie wpadł pod rower, ale nawet tego nie zauważył. Trafił na Manhattan, gdzie zauważył rzekę. dzielącą go od miasta.-Mam pływac? Pływać?- Przeszedł przez most i zobaczył wielki, oszklony hotel, gdzie była kula. Wielka, na cały budynek.-PIŁKA!-zawołał Riko. I wtedy ktoś zwalił go z ławki.-Co tu robisz? Manhattanu nie widziałeś?-zapytał go głos. Spojrzał w dół. To nie był ten szpicek. Zupełnie inny pies. To był.. kolejny jack russel terrier.-Widziałem Warszawę, i myślałem,że to największe możliwe miasto.-powiedział Riko.-Okej. To źle myślałeś, ale trudno. Nowy Jork to 10 krotnaa Warszawa. Jestem Meg. Ale mówią na mnie Mig. I Meggie.-powiedział pies.-A pomożesz mi znaleźć moje osiedle?-A jakie?-Nie wiem?-To niestety.-i poszedł do swojej pani. Właśnie wtedy zza metalowego śmietnika błysnęły czyjeś ślepia. Riko wpadł w puszki, a zza śmietnika wyłonił się rudy kocur.-Nie.. nie… nieeee.. zostaw mnie..-pisnął Riko, czołgając się w tył. Pachniał teraz gorzej niż szamponem citronella-śmietnikiem, kotem i Sammy. Kot zasyczał. Zjeżył ogon i wyglądał, jakby miał zamiar podrapać psa.-Bezdomny, fałszywy pies..-zasyczał, przejeżdżając mu pazurami po nosie.-NIE JESTEM BEZDOMNY! MAM DOM, ALE ZGUBIŁEM OBROŻĘ!-parsknął Riko, orientując się, że Manhattan to gorsza dzielnica niż ta jego.-Tak, jasne. Pachniesz tylko i wyłącznie śmietnikiem.-zakpił kot. Nie miał kawałka ucha, a w dodatku miał świeżą bliznę na łapie. Skoczył do przodu, z wyciągniętymi pazurami.-Jeśli się nie wycofasz ZARAZ, pożałujesz. Bo tu są terytoria innych kotów.-parsknął, próbując dosięgnąć go pazurami. Riko popędził jak bolid, z ogonem między łapami. wreszcie wpadł w poślizg na chodniku, przewrocił się i wpadł na skały przy rzece.-O nie…-jęknął. Teraz zaczęły się kłopoty. nie ma jak stąd wyjść. Na szczęście rudy kot odpuścił już za rogiem budynku. Ześlizgnął się ze skał. Próbował walczyć z nurtem, ale co może sześciokilowy piesek poradzić na prąd rzeki. Nagle wpadł pod wodę. Wpłynął do jakiejś dziury i.. znalazł sie w ściekach.-Tu jest mokro, ale nie tak mokro, jak w wodzie. Halo? Dzień dobry? Zgubiłem się? Jak dostać się do Sary?-krzyczał, ale odpowiadało mu echo. Potruchtał z brzuchem przy ziemi, po betonowym brzegu, ale widocznie nawet szuczury tu nie mieszkały. Nagle usłyszał tupot.-O.. czyli tu są stada ogarniętych psów? Które… pachną miastem i ściekami?-zastanawiał sie, bo czul tylko zapach. Zapach ścieków. Zero lasu. Ale też zero miasta. Wtedy zza zakrętu wyłonił się pysk pełen zębów. Riko zapiszczał, prawie wpadł do wody. Pysk kłapnął i wydał z siebie coś w stylu ryku, a zza zakrętu wyłoniło się coś olbrzymiego co ważyło jak pięćset jack russel terrierów. Przynajmniej tak stwierdził Riko. To był aligator. Kiedys, kiedy Sara szukała czegoś w internecie, zobaczył artykuł o aligatorach w kanałach Nowego Jorku. Ale wtedy przecież nie wiedział, że przyjdzie mu tam zamieszkać.-Ratunku!-zapiszczał i zaczął biec. Wielkie zwierzę niemal pełzło, i kłapało paszczą milimetry przed jego ogonem i łapami. Pazury stukały o beton, a on w biegu zastanawiał sie nad najlepszą strategią ucieczki. Wreszcie zauważył światło. To była kratka ścieków. Ale jeśli się zatrzyma i zacznie przeciskiwać… zginie w paszczy. Wskoczył na grzbiet aligatora, ocenił szerokośc i się przecisnął.

Rozdział 6

-Riko, pomyślałam, że może byśmy tak wyszli na przykład na spacer z piłką? Albo… marchewką? tą twoją ulubioną?-ale odpowiedziała cisza. Oczywiście to Sammy. przeszukała cały dom.-O NIE! ON ZNIKNĄŁ NA DOBRE! Czyli to nie tylko wycieczka!-pisnęła spanikowana. Wbiegła do łazienki, gdzie na szczęście Sofia zostawiła kosz na pranie pod wentylacją. Przecisnęła się do mieszkania jakiegoś jamnika.-Kim jesteś? Riko zniknął!-powiedziała z paniką.-Freddy. jamnik. Riko? Ten mały, łaciaty, neurotyczny, co panikuje?-zapytał.-Tak. I trzeba go znaleźć! On nie jadł ani obiadu ani kolacji!-zapiszczała Sammy. Freddy westchnał, jego czerwona obroża z tabliczką zadzwoniła, i potem przeszli przez wentylację.-Dobra, Sammy. Musimy znaleźć kogoś, kto umie poruszać sie wysoko i wszędzie się przeciśnie bądź przeleci.-zdecydował Freddy, wyglądając jak rozciągnięta parówka.-Gołąb? Jastrząb? Kot?-zapytała Sammy.-A co jest najłatwiej dostępne?-Zależy.-A najlepsze?-Zależy.-Dobra. Najpierw gołębie.-zdecydował jamnik. Pobiegli do parku, gdzie na drzewie siedział gołąb.-Hej, ty szary, co siedzi jakby rządził!-zapiszczała Sammy. Gołąb odleciał.-Odpada. Gołębie są głupie i płochliwe.-zdecydował jamnik.-To musi być ktoś, kto ma coś w głowie i nie boi się wszystkiego.-Szczur?-zapytała Sammy.-Szczury boją się niektórych psów. Zwłaszcza takich jak ty. Jesteś jak tornado z różową obrożą.-Nie jestem taka. Gdzie jest Riko?-Możę być w metrze. może być.. wszędzie.-rozłożył bezradnie łapki jamnik.-Został jastrząb… i kot.-A może wymyśl coś jeszcze, Sammy?-Niedźwiedź?-Ciekawe skąd.-Wilk?-Wilki zostały w Kanadzie.-Jestem bezradna.-powiedziała Sammy.-A może coś da się wymyślić..-pocieszał ją jamnik. Zaczął intensywnie myśleć.-Nie kot.. nie jastrząb..-powiedział.-Mamy ich na liście, ale nie odpadają. Kto jeszcze? Bo oba gatunki są.. są.. są…. trudne!-zapiszczała bichonka.-Nie kot.-przypomniał jamnik.-Musimy spróbować!-zdecydowała Sammy, po czym pobiegła za jakimś czarnym kotkiem z dachu.-Halo, gdzie jest mój Riko, pomóż!-zapiszczała, ale kot ją zignorował.-Dobra. Jamnik: zero kotów.-Został tylko jastrząb.-No to lecę!-pisnęła Sammy, zanim Freddy dał radę ją powstrzymać. Wskoczyła na klif.-Hej, gdzi jest taki mały, łaciaty? MÓW!-zaszczekała, cofając małe, wiszące uszka. Jastrząb spojrzał na nią jak na krzyczącą butelkę.-C-co?-zapytał.-No wreszcie. Gdzie jest taki mały, 33 centymetrowy, jack russel, z długimi łapami i niebieską obrożą, co panikuje i ucieka?-zapytała puchata suczka. Jastrząb aż sie cofnął.-C-co?-powtórzył.-MAŁY ŁACIATY JACK RUSSEL KTÓRY PANIKUJE!-wrzasnęła Sammy. I chyba tylko to, że była Sammy, sprawiło, że ptak jej nie zjadł.-Czyli?-CZYLI RIKO! CZYLI PIES! CZYLI JACK RUSSEL TERRIER! CZYLI ODWAŻNY!-piszczała Sammy, a Freddy z dołu prawie zemdlał.-Widziałem takich trzech czy czterech tego dnia.-odparł ptak zaskoczony.-KTÓRY MIAŁ NIEBIESKĄ OBROŻĘ?-zapytała Sammy.-Jeden zieloną, jeden turkusową, jeden brązową, a czwarty ślad po obroży.-odparł ptak. Freddy wspiął się na klify.-Sammy, czemu tak wrzeszczysz?-zapytał.-Bo Riko! i sposób! On nie zje mnie, jeśli zobaczy, że jestem pewna tego, co mówię! Jastrzębie takie są!-powiedziała.-A JAK WYGLĄDAŁ TAMTEN BEZ OBROŻY?! MIAŁ ŁATĘ NA JEDNYM OKU CZY NA OBU?!-krzyknęła znowu Sammy.-Dwa.-powiedział jastrząb.-TO RIKO!-zapiszczała Sammy.-NIE WIESZ!-krzyknął Freddy.-POWIEDZ TO GŁOŚNIEJ!-zapiszczała Sammy.-PO co?-zdziwił się jamnik.-BO JESTEŚ U JASTRZĘBIA!-AHA!-ryknął Freddy. Sammy zamerdała ogonem, który miał kształt wielkiego białego pompona.-Dobra, możesz przestać wrzeszczeć, na pewno cię nie zjem-powiedział jastrząb, gdy otrząsnął się ze zdumienia.-NIE, DOPÓKI UMIEM KRZYCZEĆ JAK LEW!-powiedziała bichonka.-I tak nie jestem głodny, złamałem skrzydło, nie latam tak szybko i mogę liczyć na resztki ryb a czasem frytkę z tawerny.-powiedział jastrząb. Sammy podskoczyła.-Hura! Gdzie jest ten mały, łaciaty?-zapytała.-Niedawno skrzydło mi się zrosło. Dlatego dziś zaryzykowałem i przeleciałem się. No i biegł taki mały, łaciaty, spanikowany, a za nim rudy kot. Potem biegł za nim jeszcze jeden kot, a potem uciekał przed niczym.-powiedział ptak i zatrzepotał skrzydłami.-Dobra. Dzięki. Tylko… Nie zjedz mnie.-powiedziała suczka.-Ja ci już mówiłem, że cie nie zjem.-odpowiedział jastrząb. Sammy zamerdała ogonem i.. wskoczyła na grzbiet ptaka.-WIO! Jedźmy do Riko, to dostaniesz paczkę frytek!-pisnęła.-Sammy, chcesz się zabić?!-zapytał przerażony Freddy.-Nie! Lecieć!-odpowiedziała suczka. Jastrząb jednak zrzucił ja z grzbietu.-GDZIE BYŁ OSTATNI RAZ?-zapytała.-Wpłynął gdzieś do ścieków.. chyba.-odpowiedział.-O nie, pobrudzę futerko!-ale popłynęli do ścieków. Nie było nic.-RIKO?! RIKO?!-krzyczała Sammy.-Sammy, cicho! tu może być coś..-RIKO!-odpowiedziała Sammy, węsząc.

Tymczasem Riko szedł brzegiem rzeki, ciesząc się, że wyszedł z mrocznych ścieków przez kratkę. Podskakując, szukał znajomych zapachów, co oczywiście wychodziło fatalnie. Wtedy właśnie zobaczył statuę wolności.-Co to?-zapytał siebie cicho.-Sammy? Freddy? Sara? Sofia?-piszczał cicho. Podszedł.-A może stąd coś zobaczę?-zapytał sam siebie i zaczął próbować sie wspinać.-To nie ma sensu. Nie jestem kotem.-stwierdził i poszedł dalej.-Zaraz.. zaraz…-stanął. Usłyszał szelest z krzaków. I stukanie studzienki. Podszedl. Nagle studzienka wypadła, a on odskoczył. Z pod ziemi wyłonił się pies. Duży, szaro-kremowy, z czarnym pyskiem, ognistymi oczami i położonymi uszami.-A-Ari?!-zapytał spanikowany Riko.-A kto inny, szczeniaku?-zapytał szyderczo pies. rozległ się głuchy warkot.-Nie..nie…teraz…-powiedział Riko, zaciskając oczy.

Rozdział 7

-Zdrajco… ty mały psie…-warczał Ari, a Riko cofał się na zadzie. Wtedy postanowił wypróbować to, co kiedyś zrobił, kiedy kot podszedł do Sary.-HAU! WOF, WOF, WOF!-zaszczekał. Ari parsknął i odsłonił zęby. Warkot był coraz głośniejszy. Riko nie mógł wydać głosu. Wtedy wilczur skoczył na niego. Przycisnął do ziemi, a Riko nie mógł sie ruszyć. Zapiszczał.-Nie…-Zdradziłeś nas. ZDRADZIŁEŚ. Człowiek wyrzucił cię z domu, a potem złapał, a potem owinął sobie ciebie wokół małego palca.-zasyczał Ari.-Wcale nie!-krzyknął Riko, próbując się wyrwać. Zaczęli tarzać sie po trawie, aż wreszcie coś zatrzymało Ariego. Zajęczał, a Riko spojrzał na niego zdziwiony. Podszedł Grom. Wyszczerzył zęby do Riko.-Teraz skończysz jeszcze gorzej.-warknął. Ari pokazał nosem ciężarówkę do przewozu bezdomnych psów i kotów. Wyszli tam ludzie z Zimną Obreczą. Zbliżyli się do Riko. Piesek zapiszczał, gdy coś zimnego złapało go za kark. Wrzucili go do ciężarówki, a Ari i Grom biegli brzegiem rzeki.

****************************************************************************************************

-Sammy? Rika nie ma w ściekach.-powiedział Freddy. Wtedy wyszedł aligator. Kłapnął na Freddiego, aż ten prawie wpadł do wody. Sammy warknęła.-IDŹ, PRZEROŚNIĘTA JASZCZURKO!-krzyknęła, skacząc na niego z takim impetem, że zatrzasneła mu pysk. Gad próbował ją kłapnąć, ale ona pacnęła go w pysk.-IDŹ STĄD!-powtórzyła Sammy, skacząc po aligatorze. Uderzała go łapkami, aż uciekł.-Sammy.. ty jesteś gorsza niż 90 lwów.-jęknął Freddy.-Aha. Idziemy. Najgorsze pokonane.-powiedziała Sammy.-Ale jest coś gorszego od aligatora..-szepnął Freddy.-Co?-TY. TY, SAMMY.-jęknął Freddy. to była prawda. psy, które nia znały zimnej obręczy, znały coś gorszego i lepszego jednocześnie-SAMMY. Mały tajfun w białym futrze i różowej obroży, którą przerażał tylko brak Riko i Riko w niebezpieczeństwie, bo się w nim zakochała. Kiedy wydostali się ze ścieków, nagle zobaczyli Dylana, dużego, niezdarnego, potulnego berneńczyka.-ON GO PORWAŁ! WYGLĄDA, JAKBY JADŁ PARÓWKI Z JACK RUSSEL TERRIERA NA ŚNIADANIE!-powiedziała.-GDZIE JEST RIKO?-zapytała, gdy podbiegła do psa.-E… czyli?-zapytał pies.-MAŁY, ŁACIATY, NEUROTYCZNY, PANIKUJĄCY, PRZYWIĄZANY!-powtórzyła Sammy po raz setny tego dnia.-Eeeee… taki, że bym go zgniótł, gdybym na nim usiadł?-zapytał Dylan.-TAK! ZGNIOTŁEŚ GO?!-Nie. Nie miał obroży, a potem podszedł do niego jakiś wilczur, a potem chart, a potem go złapali.-wyjasnił pies.-KTO? PSY?-zapytała Sammy.-Nie. Ludzie. z zimnym, okrągłym metalem.-wyjaśnił pies.-O NIE! CO TO JEST?!-zapytała Freddiego.-To.. jest… eee… do łapania psów. Prawie na pewno.-powiedział Freddy. Sammy pobiegła przed siebie.-E.. pa. Muszę jej pilnowac, żeby z emocji nie pobiegła do Kanady.-powiedział jamnik i pobiegł za suczką. Dylan poszedł w swoją strone, zaskoczony kompletnie.-RIIIIIIIIIIKO-krzyczała Sammy.

Rozdział 8

Riko szarpał zębami kraty.-NIE. NIE. NIE.-piszczał. Wtedy ciężarówka się zatrzymała, aż poleciał na ścianę. Do klatki obok wrzucili innego psa. ARI. Wściekły.-TO TWOJA WINA-zasyczał.-Nie…-powiedział Riko.-CZEMU UCIEKŁEŚ?!-zapytał ze wściekłością Ari.-Ja nie uciekłem… po prostu… zlapali.. mnie..-pisnął pies.-Tak, jasne.-zasyczał wilczur. Wtedy właśnie przed ciężarówkę wybiegł mały, biały piesek, z obróżką i srebrną tabliczką. Ciężarówka skręciła szybko… i wyjechała za ulicę.-O NIEEEE RATUNKU SAAARA!-piszczał Riko. Samochód toczył się siłą rozpędu. Sammy i Freddy piszczeli.-MOGŁAŚ NIE WYBIEGAĆ!-zasyczał Freddy. Jechali po trawie w dół. I nagle Riko z przerażeniem zorientował sie, co zaraz stanie się z ciężarówką. Ludzie otworzyli drzwi, a gdy ciężarówka wjechała do wody, rzucili im koło ratunkowe. Samochód powoli się zanurzał.-Nie…-jęknął Riko. Ari warknał.-NO I CO NAROBIŁEŚ?!-zapytał.-Może się zamknij i trzymaj głowę nad wodą.-powiedział Riko, starając się znaleźć wyjście. Ciężarówka walnęła o dno, druty się pogięły, i jeden z psów mógł wypłynąc. Riko. Sammy i Freddy panikowali na brzegu, a cały blok, łącznie z Wendy, chodzili nerwowo. -Ari.. ja muszę wypłynąć…-powiedział Riko.-To płyń. I nie top się, ajeśli nie umiesz pływać, to nie płyń wcale.-warknął Ari. Riko wypłynął. Ciężarówka kompletnie się zanurzyła. Jack russel wyszedł na brzeg. Spojrzał w wodę.-RIKO, ZGINĄŁEŚ NA 49 GODZIN!-zapiszczała Sammy. Ale Riko patrzył. Nie odpowiedział.-MUSZĘ GO URATOWAĆ.-powiedział i skoczył. Ari leżał bez ruchu, jakby już zrezygnował. ,,Mogłeś tam zostać, szczeniaku.”-mówił całym sobą Ari. ,,Jesteś normalny? Myślisz, że jestem takim pieskiem z mufki?”-pokazał Riko. ,,Gorzej.”-pokazał wilczur. Riko parsknął, a bąble poleciały w górę. Bono latał nad brzegiem, Sammy patrzył w wodę jak zahipnotyzowana. Nikt nie wiedział, co się dzieje pod nią. Riko walił w kraty. Ari położył uszy, zmarszczył pysk i wskazał nosem klucz w stacyjce. Riko dopłynął. Włożył go. -PRZEKRĘĆ SIĘ!-krzyknął, co zabrzmiało jak BLBUUUUURRRRRRRUUUU!. Kłódka nie drgnęła. Wreszcie Udało się ją przekręcić. Wypłynęli na powierzchnię. Jednak Rika prąd porwał.-PŁYŃ, PŁYŃ!-piszczał Bono.-RIKO, NIE!-powiedział Freddy zupełnie innym głosem niż normalnie. Ari wypłynął na brzeg, a Sammy podeszła do niego.-PRÓBOWAŁEŚ GO SKRZYWDZIĆ! JAK MOGŁEŚ?!-zapiszczała.-Sammy.. on cię przerobi na miazgę..-jęknął Freddy. Ari cofnął się.-Zdradził nas.-TY zdradziłeś nas!-pisnęła Sammy, nie zdając sobie sprawy, o co tak naprawdę chodzi. Ari warknął.-Ty nic nie wiesz. Nic.-powiedział. Freddy skulił się.-Freddy, on tylko udaje.-powiedziała pewnie Sammy, patrząc w rzekę. Prąd niósł Riko daleko, już ledwo go było widać.-RIKO!-zawołał Freddy. Riko wreszcie wydostał sie na brzeg. Daleko. Daleko. Było tu dużo drzew i … zapachu bryczesów, ale takich, które wracają od koni. Podskakującym truchtem jack russel terriera poszedł dalej. Zobaczył drewniany budynek, skąd dochodziły dziwne dźwieki. Poszedł trochę dalej.. I wtedy zobaczył pysk. I całego psa. To był Nagły Błysk. Ale, co dziwne, cofnął się. A z lasu wybiegła Zorza, Strzała, kurkuma, Grom oraz West-duży owczarek niemiecki.-To on.-warknęła Zorza.-Ten, który nas zdradził.-dodał West. Kurkuma położyła uszy. Była prawie najwyższa. Jedynie Błysk ją przewyższał wzrostem. Riko patrzył na to z przerażeniem. Co teraz? Próbował coś powiedzieć, ale z jego gardła wydobył się jedynie jęk.

Rozdział 9

Z krzaków wyszła wtedy Fiona.-To ten, o którym mówił Ari? Że jest zdrajcą, słabym, małym?-zapytała. Zorza skinęła łbem, a Riko cofnął się bardziej.-I że jest tchórzem.-dodał Nagły Błysk.-Ale Ari mnie NIE obchodzi. Wygrałem walkę z nim i ja tu dowodze.-zawarczał basowo. Fiona położyła uszy i cofnęła się. Nie była tu zbyt ważna-musiała walczyć, by ją zaakceptowano. Odeszła w krzaki.-Ja nic nie zrobiłem!-powiedział Riko. Nagły Błysk podszedł szybko. Zbyt szybko. Riko zaczął się cofać. Łapy mu drżały, bał się, że zaraz na niego skoczy większy pies. Wreszcie usiadł.-TY ZDRADZIŁEŚ STADO!-krzyknął.-NIE!-zapiszczał Riko. Fiona wyszła.-Nigdy go nie widziałam…-zaczęła.-Bo ostatnia do nas dołączyłaś.-ucięła Kurkuma.-No i co?-zapytała suczka, a jack russel czuł się jak zamknięty w butelce z lwami.-Ari jeszcze nie wrócił. Ale wróci. Chociaż lepiej, żeby założył sobie własne stado.-On założył to-zapiszczała Błyskawica.-ALE PODDAŁ SIĘ!-ryknął Nagły Błysk.-Bo ty jesteś silny. Ale jesteś…no dobra, taki jak on. On też nienawidzi Riko.-odparł Grom.-Dołączyłaś do stada wtedy, kiedy Ari wędrował jako pies beta.-dodała Zorza. Fiona wycofała się poza pole widzenia, a Riko pisnął, kiedy usłyszał stłumione rżenie koni. Psy spojrzały w kierunku, skąd dochodził dźwięk i cofnęły się. Riko patrzył. Kolejny dźwięk-cofnęły się, warcząc. Zaczął mieć nadzieję. Że ktoś go uratuje, albo.. kiedy stado było kilka metrów, nagle wstał. I wystartował. Ruszył. Przez pierwsze kilka sekund psy patrzyły osłupiałe, ale potem ruszyły za nim. Riko wpadł do stajni. Psy uciekły w las, bo wiedziały, że gonienie go tu źle się dla nich skończy. Riko chodził między boksami.. Aż wreszcie wyłoniła się kobieta w sztybletach, różowych bryczesach i t-shircie z koniem.-No błagam..-jęknął Riko.-Ojej! Co tu robisz? Wyglądasz na głodnego. Chodź. Nakarmię cię. Może zostaniesz naszym pieskiem stajennym, co?-zapytała łagodnie, wyciągając dłoń. Pachniała przyjemnie. Wzięła go delikatnie na ręce i nałożyła mu do miski trochę suszonego mięsa i batonik zbożowy. Pochłonąl to z wdzięcznością.-Dobrze, na razie u nas zostaniesz… chociaż podejrzewam, że nigdy nie wyjedziesz. Nasze amazonki kochają psy. Będzie ci tu dobrze.-i wyszła, zamykając drzwi. Pies ułożył sie na derce, po raz pierwszy od dawna spokojnie zasypiając. Nareszcie był w miejscu, gdzie inne psy nie wejdą, bo stracą wolność. Kiedy się obudził, siedziały przy nim dwie dziewczynki.-Jaki on piękny!-powiedziała jedna.-To jack russel terrier.. Wygląda na trochę chudego.-powiedziała druga.-Ale jednocześnie też tak, jakby kiedyś miał dom.-dodała druga.-Może potrzebuje odpocząć?-i wyszły.

Rozdział 10

Sammy biegła brzegiem rzeki, a Freddy starał się dotrzymac jej kroku. Ari stał cały czas tam, gdzie wypłynął, gdy Riko go ocalił. Już go nie widzieli. Wtedy Sammy zobaczyła Sarę, która z czerwonymi oczami szła ulicą. Podbiegła do niej. Sara uśmiechnęła się przez łzy, gdy nagle krzyknęła. Sammy spojrzała na nią z niepokojem, a ona upadła na chodnik. Przyklękła przy czymś niebieskim, zmiętolonym i.. zasiersconym.-Obroża Riko..-jęknął Freddy. Sammy spojrzała na to z otwartym pyszczkiem, nie mówiąc nic. Freddy wiedział, że jeśli Sammy jest cicho, jest naprawdę źle. Cicho zaskamlał i podkulił ogon, który był dosyć długi. Sara wzięła do ręki obrożę, kurczowo ją zaciskając. Sammy, jako że była bichon frise, od razu zabrudziła uszy, wąchając obrożę, ale nie zwróciła na to uwagi.

Riko wyskoczył przez okno. Nie mógł znieśc tego, że był w zamknięciu, wokół dzieciaków. Biegł, czując walące serce, wreszcie nieco wypoczęty. Kiedy przystanął, aby napić się wody z miski stajennego kota, nagle zamarł. Czuł, że ktoś stoi za nim. I nie był to nikt przyjazny. Odwrócił się powoli i zamarł. Zobaczył wielką sylwetkę beaucerona. Nagły Błysk. Patrzył na niego wściekle brązowo czarnymi oczami, marszcząc pysk, a z jego klatki piersiowej wydobywał się głuchy warkot. Odsłonił fafle, ukazując duże, śnieżnobiałe zęby. Riko zaczął szybko cofać się na zadzie. Pies miał teraz łeb na lini grzbietu.-Myślałeś że uciekniesz, zabaweczko ludzi, prawda? Kanapowy piesek..-wysyczał pies. Riko zapiszczał.-Nie… ja…jestem.. po …prostu…-wydusił.-Czym? Pieskiem do zabawy? Ledwo odstającym od ziemi?-zaszydziła Zorza. Fiona siedziała dalej. Nic nie robiła. Riko aż podskoczył.-CO?! Ja nie odstaje od ziemi? JA?!-krzyknął, zanim zorientował się, że niewielkie szanse ma 7 kilogramowy piesek na te wielkie zdziczałe psy… chyba, że jest terrierem. Wysunął ogon z między nóg. Spróbował zrobić odważniejszą minę i uniósł uszy. Starał sobie przypomnieć te cztery-pieć miesięcy spędzone w sforze. Nagle przypomniał sobie, co mu mówił kiedyś Miki, taki golden retriver, którego już nie było w stadzie: ,,Albo ty warczysz, albo oni. Jeśli ty warczysz, oni staną. Jeśli oni warczą, ty zginiesz.” Ale czy ma się do tego zastosować? Może najpierw zastosować inną taktykę? To, co daje szansę w takim starciu terrierom, to skoczność, umiejętność wejścia w miejsce, gdzie nie powinny, zadziorność, spryt, inteligencja. Najpierw wydobył się z jego klatki piersiowej cichy warkot, a potem groźne szczeknięcie z pokazaniem zębów. Psy na chwilę się ostudziły i stanęły.-Myślisz, że my jesteśmy kotami?-zasyczał Nagły Błysk.-Myślę, że nie wiecie, co się stało, i że nie jestem zdrajcą.-zagalopował się Riko, ale wtedy Błysk położył uszy, niemal wbił je w łeb, i zbliżył się warcząc. Wtedy nagle przybiegła Sammy-z brudnymi uszami, poszarpaną sierścią na łapach.-ZOSTAW GO!-zapiszczała. Ale wtedy nadjechał samochód.-ZIMNA OBRĘCZ-warknął gardłowo Błysk i uciekł, ciągnął za sobą Riko.-POMOCY AAA RATUNKU-krzyczał Riko. Sammy próbowała rzucić się za nimi w pogoń, ale Freddy ją przytrzymał.-Nie tak. Idziemy po Wendy.-Ona jest kotem.-Ale powiedziała do ciebie miłe rzeczy?-no dobra.-i poszli po kotkę.

Rozdział 11

Kiedy psy dotarły do bezpiecznego miejsca, Riko opadł na ziemię.-Nie daruję ci zdrady..-powiedział Nagły Błysk. Riko myślał nad planem, kątem oka rozglądając się po okolicy. Co ma zrobić? No? I wtedy dostrzegł rudego kota. Na pewno nie Wendy. Tylko jakiegoś dachowca ze śmietników.-KOT!-pisnął, wiedząc, że to może być szansa. Zorza, jak szczeniak, spojrzała na kota z zachwytem i wściekłością.-WOF, WOF, AU, HAUUUUU,HAU, HAU!-zaszczekała, warcząc. Kot spojrzał na nią spojrzeniem ,,Tak, naprawdę, serio na mnie szczekasz? A czy teraz będą czyny?”. Riko aż przysiadł z zadowolenia. Psy skupiły się na kocie. Potem przyszedł drugi, sycząc, co jeszcze bardziej je podniecało. Riko zaczął biec truchtem jack russel terriera, kiedy nagle ześlizgnął się ze zbocza, nie widząc już rozjuszonych psów. Kurczowo trzymał skały przednimi łapami, ale wiedział, żę długo nie wytrzyma… Piszcząc, starał się utrzymać. Kiedy ześlizgnął się, starał się złapać mocniej, ale zaczął spadać.-AAAAAAAAAAAAAAAAAA!-zapiszczał. To było dokładnie to uczucie ze snów, kiedy się spada. Tylko gorsze.

Tymczasem Sammy usiadła na wycieraczce z napisem ,,Welcome in New Jork”.-To pachnie.. kocio. Za kocio.-Powiedziała drżącym głosem. Freddy ustał na tylnych łapach.-Przestań…-syknął, drapiąc w drzwi. -Nie dosięgnę klamki…-jęknął.-Jesteś rozciągnięty jak guma.-parsknęła rozbawiona Sammy.-To.. nie.. jest.. śmieszne.. brakuje.. mi… trochę..-wysyczał Freddy.-Fred, to skocz!-zapiszczała Sammy. Freddy opadł na ziemię. Spojrzał w podłoge i powiedział.-Nie. będę. skakać.-starał się brzmieć na zdenerwowanego, ale głos mu trochę drżał.-A czemu?-zapytała Sammy.-Bo…. bo nie będę i tyle.-powiedział szybko, patrząc na swoje pazurki. Sammy walnęła w drzwi. Nic.-Dobra, anty skoczku, ja otworzę.-i wskoczyła na klamkę, wpadając do mieszkania kotki jak tornado. Na wejściu miska z napisem ,,Wendy”.-Halo?-zapiszczał Freddy.-HAU, HAU, HAU!-zawtórowała Sammy.-To ty, ta mała biała psinka, Sammy?-zapytała abisyńska kotka, liżąc łapę. Freddy spojrzał z szacunkiem.-Tak. Wendy, bo.. no, wiesz. Riko, ten mały, ale większy od nas, zniknął. A ty jesteś kotem.. więc.. więc… może nam pomożesz?-zapytał. Wendy westchnęła i zeskoczyła, a Freddy aż się wzdrygnął. Kiedy była obok, nagle zwrócił na coś uwagę.-Emm… może lepiej włóż obrożę.. tutaj są hycle.-No dobra. Ale pamiętajcie, że jestem kotem, nie psem.-wróciła w fioletowej obroży.-Dobra. Czekacie na wycieraczce. Ja zjem i wyjdę.-powiedziała, zmierzając w kierunku kuchni. Psy westchnęły i usiadły na wycieraczce. kotka wróciła, oblizując pysk.-No dobra. Możemy iść. Gdzie on był? Macie jakieś ślady?-Nie bardzo. Nie znamy miasta. Przynajmniej-Brooklyn tak. Ale Rika nie ma na Brooklynie. On może być wszędzie.-powiedział Freddy.-JASTRZĄB!-zapiszczała Sammy, biegnąc na schody.-SAMMMY NIE-wrzasnął Freddy.-Jastrząb? Ona chce iść do jastrzębia?-zapytała Wendy z przerażeniem.-Już raz tam była. I jeszcze mnie uszy po tym bolą, tak wrzeszczała.-powiedział Freddy. Kiedy zeszli, był ostatni stopień. Wyższy niż inne. Sammy zeskoczyła. Wendy zeskoczyła. Freddy stał i gapił się w ziemię. I na schody. Na górę. Na dół.-Skacz.-syknęła Wendy.-NIE!-zapiszczał Freddy, cofając się nagle. Uderzył zadkiem w inny schodek.-Freddy,chodź, musimy iść do tamtego jastrzębia!-ponaglała Sammy, ale Freddy nie zamierzał skoczyć. Wendy westchnęła i ściągnęła go za obrożę, chociaż ważyła prawie tyle, co jamnik króliczy. Sammy już biegła w kierunku klifu. Kiedy dotarli na miejsce, jastrząb trzymał głowę pod skrzydłem.-MUSISZ NAM POMÓC! ZA KUBEŁEK FRYTEK I MIĘSKO! TROCHĘ MIĘSKA! ALE DOBRE!-zachęciła Sammy.-To ty?-zapytał ptak.-A KTO INNY!-odpowiedziała Sammy.-Dobra. Ale ostatnio przecież mówiłem, abyś nie krzyczała.-Dobra. Musisz nam pomóc. Zaginął PIES.

Rozdział 12

Riko wylądował na klifie. Udało mu się zejść. Trafił na jakąś plażę. Patrzył się w wodę, a czasem dostawał jakiś przysmak od przechodzących dzieci. Miał nadzieję, że zaraz przyjdzie ratunek.

Kiedy Wendy i Freddy dotarli na górę, Sammy już skakała wokół jastrzębia.-Co robisz?-zapytała zdziwiona Wendy.-Przedstawiam plan!-odparła Sammy.-Hm.. Hm…-mruczał Freddy.-Plan jest taki, że jastrząb o imieniu nie wiem jakim, ale się dowiem leci i szuka Riko z góry po nowym Jorku. Freddy szuka ze mną, a Wendy w niedostępnych miejscach!-piszczała Sammy.-Jak jamnik, który boi się schodów, może ci pomóc?-zapytała Wendy.-Ja się nie boję schodów! jeśli.. jeśli nie trzeba z nich skakać.-przełkął ślinę jamnik. Sammy spojrzała na niego.-Dobra. Więc Freddy… yyym…. wskocz na ten głaz. z niego wszystko widać.-powiedziała do Freddiego, który patrzył w dół, zastanawiając się, czy ktoś go widzi.-Co?!-zapytał Freddy. Głaz nie był wysoki. Nie był śliski. Nie był blisko krawędzi. Był bezpieczny. I Freddy, zwłaszcza Freddy, mógł to widzieć.-Wskocz!-zachęcała Sammy. Skoczyła, a kiedy byłą w powietrzu, Freddy pisnął.-Nie skacz!-krzyknął, ale ona opadła na kamień, zeskoczyła, aż Freddy się cofnął.-Dobra. teraz ty.-NIE! NIE BĘDĘ SKAKAĆ!-zawołał Freddy na granicy płaczu.-On jest niski!-zawołała Sammy.-I CO Z TEGO! TRZEBA SKAKAĆ!-zapiszczał Freddy, już prawie płacząc.-Freddy. Korzenie w lesie są wyższe.-No i co? Na korzenie też nie wskakuję!-A co z kanapą? wskakujesz na nią?-zapytała Sammy. Freddy się zaciął.-No.. tak.. nie bardzo… Znaczy.. nie. Nie wskakuję.-przyznał.-Jak to?!-zapytała zdziwiona Sammy.-I… tylko jak mam wejście.. takie.. wygodne.. i bez skoków wchodzę. A jeśli nie.. to nawet jeśli tam leży smaczek, to nie.-pisnął.-Och, Freddy, przesadzasz. To jest może pięć centymetrów wyżej niż ty. A ty się boisz?-zapytała Wendy. -TAK!-wybuchł Freddy i zbiegł w dół. Kiedy na jego drodze był niski kamień, na który trzeba było wskoczyć, stanął. I nie biegł już dalej. Podbiegła Sammy.-Freddy, czyli nawet kiedy uciekasz kamień wysoki na kilkanaście centymetrów cię powstrzymuje?-zapytała zdziwiona.-Jeśli nie trzeba go przeskoczyć, to nie! Jeśli ma wejście bez skakania, może sobie mierzyć metr, dwa, trzy, a ja go przejdę! Ale jeśli trzeba go przeskoczyć, a mierzy kilkanaście, nie!-powiedział Freddy, już płacząc. Spróbował wspiąć się. Nie skoczyć. Wiedział, że może sie poślizgnąć. Ale NIGDY nie skoczy. Kiedy zrozumiał, że nie przejdzie, usiadł i uszy dotknęły mu ziemi.-Freddy, czemu po prostu nie skoczysz? Tak jest łatwiej!-PRZEJDĘ, NIE SKOCZĘ! JUŻ NIGDY NIE SKOCZĘ!-Fred… ja NIGDY nie widziałam, jak skaczesz!-pisnęła Sammy. Freddy odwrócił się.-Czemu nie skaczesz?-zapytała Wendy. Freddy nie odpowiedział.-Przecież wspinałeś się na schody Statuy wolności, a to jest duże.-BO NIE MUSIAŁEM ZROBIĆ NAWET CENTYMETROWEGO SKOKU! PRZEZ TE JAKIEŚ DWA METRY SCHODÓW SIĘ WSPINAŁO, MOŻE TRUDNO, ALE WSPINAŁO! NIE SKAKAŁO!-krzyknął Freddy.-Ten kamień na ciebie nie patrzy. I cię nie zje.-TO NIE CHODZI O KAMIEŃ! ANI O TO, PRZEZ CO SKACZĘ! TO CHODZI O TO, ŻE NIE ZAMIERZAM SKOCZYĆ! NAWET PRZEZ.. NALEŚNIK! PRZEZ NIC NIE SKOCZĘ!-rozpłakał się znowu Freddy.-Ale czeeeemu-zapytała Wendy. Freddy zamilkł.-Bo nie! NIE, NIE, NIE!-krzyczał Freddy. Nie patrzył na kamień. Tylko na ziemię. Bo nie trzeba było przez nią skakać. Nie bał się kamienia. Nie bał się tego, przez co skacze. Tu chodziło o skoki.

Rozdział 13

-Och, Freddy. Czemu po prostu nie skoczysz?-westchnęła Wendy. Freddy ukrył pyszczek w łapkach.-Ty..płaczesz?-zdziwiła się Sammy.-Nie. I nie zamierzam skakać.-wyszlochał jamnik. Wendy wywrócił oczami.-Freddy.. halo.-powiedziała. Jamnik na nią spojrzał.-To jest bezpieczne. Teraz skoczę, żebyś się przekonał..-NIE, NIE SKACZ, PROSZĘ, NIE!-krzyknął Freddy. Wendy skoczyła. Jamnik cofnął się.-Znajdźmy inną drogę.-powiedział.-Ale tędy znajdziemy Riko! chyba!-zaprotestowała Sammy. Przeskoczyła. Wendy też. Freddy nie chciał zostać sam. Ale nie chciał też skoczyć.-No to idźcie beze mnie.-Sammy chciała wrócić, ale Wendy ją powstrzymała.-Wróci.-powiedziała pewnie. Freddy wszedł na górę. Wiatr rozwiewał mu uszy i zwiewał łzy.-Nigdy.. nigdy.. nie skoczę…. już nie.. Już nigdy… teraz…nie.. już nie..-mruczał. Tymczasem Riko siedział na plazy, i jak to jack russel terrier węszył, kopał, szukał. Sammy spojrzała na Wendy. Już nie była tą uroczą, białą Bichon frise, już była roztrzepana i trochę brudna.-A może wrócimy?-A on nie idzie?-zapytała zdezorientowana kotka.-Chyba jednak nie stało się tak, jak myślałaś..-westchnęła Sammy. Wendy prychnęła. Spojrzała na Freddiego, który patrzył w dół.-On jest nienormalny.-powiedziała.-Wendy. Ile on ma lat?-zapytała Sammy.-Hmm… czekaj… o, już mam.-powiedziała Wendy. Sammy podskoczyła.-Ile?-zapytała.-Ma pięć. Nie jest stary.-powiedziała kotka.-Znasz go od zawsze?-zapytała Sammy.-Ponad dwa lata.-powiedziała Wendy.-I NIGDY nie skakał?-zapytała Sammy.-Szczerze, to nawet nie zwróciłam uwagi, ale teraz orientuję się, że nie.-powiedziała kotka.-Wróćmy na górę.-i wróciły. Sammy usiadła obok Freddiego.-Freddy, czemu się boisz skakać?-zapytała Sammy.-Freddy się odwrócił.-Noo powiedz. Boisz się źle wylądować? Czy coś?-NIE-odpowiedział jamnik.-Błagam, powiedz.-powiedziała Sammy. Freddiemu zadrżały łapy.-Bo nie wiesz, co potem?-zapytała Wendy. Freddy potrząsnął głową.-Bo.. kiedy.. byłem młodszy.. skakałem. I lubiłem to. Ale kiedyś… nasz dom zaczął się palić. Ja wyskoczyłem przez okno, bo dobrze skakałem.. wtedy jeszcze nazywałem się Derek… i potem nie wstałem. I oni nie przyszli. Wzięli mnie do schroniska. Potem miałem obecny dom. Mówili, że już nigdy nie będę chodził bez wózka. Miałem jakiś durny, niebiesko-szary, metalowo materiałowy wózek. Ale po operacji.. łapy wróciły. potem już nigdy nie skakałem nawet na milimetr.-powiedział Freddy i się rozpłakał.-No dobra. teraz rozumiem.-zamruczała Wendy, a Sammy aż zapiszczała. Jastrząb patrzył na nich z góry. Sammy kazała mu odlecieć do Brooklynu. -No dobra, to ja pójdę po Bono.-powiedział głośniej Freddy. Wtedy Sammy krzyknęła, widząc niezwykle smukłą, delikatną, lecz wysoką sylwetkę. Cofnęła się, a Wendy i Freddy aż zapiszczeli.

Rozdział 14

Sylwetka wydała dziwny dźwięk, po czym dobiegła do nich. W pysku trzymało coś, co było zwierzęciem. Sammy cofnęła się. To, co zwierzę trzymało w pysku, poruszyło się, gdy chart drgnął. Freddy przysiadł ze strachu, a Wendy najeżyła się cała. Pies położył stworzenie, całe białe i dosyć puszyste, na ziemi.-Weszliście na teren sfory z lasu.-wysyczał chart.-O NIE, NIE, A GDZIE SIĘ ZACZĄŁ!-zapiszczała Sammy, patrząc na ziemię tak, jakby ta ją oparzyła. Cofnęła się pięć kroków.-COFAJCIE SIĘ. GDZIE SIĘ ZACZYNA TERYTORIUM?-piszczała.-Od drzewa. Ale dopóki sobie czegoś nie wyjaśnimy… zostajecie.-wysyczał chart.Sammy podeszła, a raczej podjechała na zadzie. Freddy przez chwilę patrzył na to, co charcica niosła wcześniej w psyku i cofnął się ze wstrętem.-Kura!-krzyknął. Wendy nerwowo poruszyła uchem, a oba psy się skrzywiły. Pożeranie innych zwierząt to nie było coś, co było pochwalane przez panów. Przekonał się o tym Freddy, gdy zjadł żabę. A Sammy… ona nie zjadła by żadnego zwierzęcia razem z futrem, tylko psie krokieciki i czyste, gotowe mięso. Była zbyt domowa, by się ośmielić. Zwierzę leżało bez życia.-Macie tego nie ruszać. To moja zdobycz, mogę zjeśc tylko niewielką część. Resztę muszę dać dla stada.-powiedziała charcica.-Czego szukacie?-zapytała.-PSA.-odparł Freddy.-Ah. Nikogo oprócz naszej sfory tu nie ma. Żegnajcie.-i odgalopowała dalej.Freddy myślał bez przerwy.-Idziemy do miasta. Jedna kotka i dwa psy, nei licząc jastrzębia nie dadzą rady. Szukamy po mieście. Musimy znaleźć innych sprzymierzeńców.-powiedział Freddy. Poszli w dół w kierunku miasta.

Freddy, jak się okazało, znał miasto świetnie. Natychmiast wyczaił, gdzie jest mieszkanie psa, który często zaprasza inne na spotkania.-A jakiej jest rasy?-zainteresowała się Sammy.-Hmmm… niech pomyślę…. -mruknął.-Jest duży? Taki… mastif? Największy w Brooklynie?-piszczała Sammy. Freddy zaprzeczył.-Jest średniej wielkości…..-odparł.-Aha. Nie husky. Nie malamut. Nie mastif. A to najlepsze opcje-zajęczała Sammy. Wendy puknęła się w czoło. Weszli do bloku. zupełnie zwykłego. I do mieszkania. Potem do kuchni. stał tam mikser, zwykłe kuchenne urządzenia. Tylko że pies nie korzystał z nich jak człowiek… Właśnie siedział w zmywarce, bo tam ,,było ciepło”.-O, hej, Poppy.-powiedział jamnik.-Freeeeeeddy, ale czemu tu jesteśmy? Poppy jest zwykłe, tu jest zwyczajnie, drzwi nie są z napisem pies bohater ani nawet Poppy.-westchnęła Sammy. Wtedy ze zmywarki wyszedł średniej wielkości psiak.-O, o, jakiej jesteś rasy?-zainteresowała się Sammy. Pies westchnął powoli.-Heeeeeeeeej. Jestem rasy sheltie. I wam pomogę. Nie wiem, czy osobiście. Ale słuchaj, Freddy. No wiesz. Ja nie jestem ekspertką od znajdywania psów, ale od znajomości tak. No więc. Znam kilka psów, które wam pomogą.-zaczęła Poppy.-Błagam, nie mów, że Bono.-jęknęła Wendy.-To ostatni pies, o jakim myślę. On umie tylko myśleć o zabawkach, i zachowuje się, jakby wypił espresso. No dobra. Na Manhattanie mieszka beagle. Nazywa się Cooper i wam na pewno pomoże. labrador Dummy od dawna tu mieszka i zna miasto lepiej od Freddiego. A, doberman Diamond ma dobry węch.. ale zrezygnujcie z niego,-powiedziała Poppy.